poniedziałek

Szarpię życie za brzeg listka

Zaczęło się jak co roku - może w tym, to już nawet w lutym -  
od podszytego zachwytem stwierdzenia 
"z a w i o ś n i a ł o!"


(pożyczonego na stałe z wiersza Stanisława Młodożeńca)

Potem już tylko Miron szeptał nam do ucha pocieszenie:
  to tylko  "nowa wiosenna słabocha"
W tym czasie z moich ulubionych "Wierszy antywiosennych" przypomniałam sobie te, które onegdaj pomogły mi  oddychać, bo zrozumiałam, że inni czasem też tak mają:

wiosną we mnie dmuchło
na zdechło

Kochacie siebie na wiosnę?
bo ja nie

Wiosna jasna
 jak cholera
działa na mnie
katrupiąco

W sukurs przypędził niezastąpiony Andrzej Stasiuk. Ciało jego książki "Nie ma już ekspresów przy żółtych drogach" dotykane wielokrotnie, z nabożeństwem i z głęboką wewnętrzną zgodą. Fragmenty czytane na głos Chłopakowi zza Lustra:


"klimat umiarkowany (...) jest w istocie klimatem nieobliczalnym, klimatem schizofrenicznym, i przeklętym. (...)
 Trzy dni temu było plus piętnaście stopni, a dzisiaj jest minus siedem. Powinniśmy być traktowani jak trochę niepełnosprawni, powinniśmy być częściowo zwolnieni od jakichś podatków albo ktoś powinien fundować nam sanatoria. Jakie pojęcie o naszym życiu może mieć Włoch, nad którego ojczyzną słońce nigdy nie zachodzi?"1

 A tu znienacka rozpieścił nas zapachami Czas Bzów i Konwalii. Dzwoneczki ich bajkowe, śmieszne i pyzate - istne  przedszkolaki. Ale miałeś dobry humor Panie Boże, gdy wywijałeś  jasnokremowe płatki maleństw! - myślę. Włożyłam pachnącą gałązkę w książkę Soni Raduńskiej i głaszczę nią strony, spijając słowa z jej ust. Na festynie dla dzieci kupiłam decoupagowe kolczyki. Obnoszę się co dzień z ich kolorami paproci, mchów i błękitu nieba.



Na pamiątkę bierzmowania Marysia dostała młode małżeństwo białych gołębi. Miał być jeden jako znak Ducha Świętego, szczególnie po to, by przypominać sobie o darze męstwa. Miał być obfotografowany i wypuszczony. Przyjechały dwa i wybrały nas. Wczoraj miały parapetówkę w centralnym szczycie domu, który Chłopak zza Lustra trzy dni urządzał na gołębie mieszkanie. Zadzieram głowę w górę i podziwiam ich doskonałą biel, łagodne linie kształtów i dostojeństwo. Tak wyobrażam sobie uosobione szlachectwo ducha.

Teraz ze Stanisławem Soyką i Wisławą mówię życiu: 

Jesteś piękne!

bujniej już nie można było,
 bardziej żabio i słowiczo,
 bardziej mrówczo i nasiennie.

 Allegro ma non troppo
(youtube)

Szarpię życie za brzeg listka
 przystanęło? dosłyszało?
Czy na chwilę, choć raz jeden,
dokąd idzie — zapomniało?

Zabiegam mu drogę z lewej
zabiegam mu drogę z prawej,
i unoszę się w zachwycie,
i upadam od podziwu.

Jaki polny jest ten konik,
jaka leśna ta jagoda —
nigdy bym nie uwierzyła,
gdybym się nie urodziła!



1. Andrzej Stasiuk, Nie ma już ekspresów przy żółtych drogach.Wydawnictwo Czarne. Wołowiec 2013, ISBN978-83-7536-628-0.

Zdjęcie z tęczą:  Kraków, po dziewiętnastce u dominikanów 







czwartek

Piosenki nie tylko samochodowe

Osiemnasty rok mieszkamy poza domami rodzinnymi. Pozostały gdzieś wśród ojczyzny-żeromszczyzny puszcze jodłowe, piachy, rozlewiska łąk poprzecinane szalami leniwych strug, łęgów i ptasich przekomarzań. Dawniej co dwa tygodnie pakowaliśmy siermiężne torby podróżne w kolorach lat 90 albo czerwony plecak ze stelażem i w 4 godziny z przesiadką znów byliśmy u siebie. Dzień wcześniej zamawialiśmy rozmowę międzymiastową w okienku pocztowym i oczekiwaliśmy na wezwanie do rozmównicy, aby uprzedzić bliskich o wizycie.

Ponidzie
Gdy pierwszy raz wyjeżdżaliśmy na wakacje do domu, zabraliśmy ze sobą wszystko, nawet kwiatki w doniczkach. Chyba myśleliśmy, że już tu nie wrócimy. Dziś droga Tam zajmuje nam nie więcej niż dwie godziny, ale jeździmy coraz rzadziej. Może dlatego, że dawniej jechaliśmy do domu, a teraz dom jest  tutaj - w tym kiedyś obcym miasteczku.

W drodze do dziadków najpierw uspokajamy siebie i dzieci, potem zwykle szukamy dobrych słów. Czasem słuchamy kazań ks. Pawlukiewicza, czasem opowiadań Olgi, zawsze muzyki. W naszym wesołym autobusie zimą śpiewamy kolędy i pastorałki, w wakacje - wszystkie piosenki z dzieciństwa: od Bo przedszkole uczy bawi nas, po Puszek okruszek. 
Są też utwory autorskie, np.

Tatuś jest najpiękniejszy  i najmądrzejszy nasz Tatuś jeeest 

oraz piosenki oazowe. Nietrudno ukryć łzę wzruszenia siedząc na przednim siedzeniu, gdy Ala śpiewa:


Wydawać by się mogło, że taka samochodowa piosenka jest nic nie znaczącą towarzyszką podróży i ulatuje w ciszę wraz z trzaśnięciem drzwi auta. A jednak niektóre odegrały rolę  rolę niebagatelną: wpisały się w historię rodziny lub posłużyły  edukacji muzycznej. To w samochodzie jest czas na poznawanie przez dzieci historii polskiej muzyki. Jeszcze słyszę jak kilkuletnie dziewczyny z upodobaniem powtarzają na zmianę rytmiczne: Who's that lisptick on the glass! Lipstick! Lipstick! albo Smycz - smycz - smycz! Raz lepiej raz gorzej!  Maanamu.  Parę lat później Antek zawodzi Mały rastaman Lady Panku.
A ponieważ rozmiłowani jesteśmy w piosence poetyckiej - Wojciech Bellon, Edward Stachura, Agnieszka Osiecka, Marek Grechuta i Adam Nowak przejechali  z nami setki kilometrów. To najznamienitsi nasi goście. 

Wojtek Bellon szepczący Ali :
 Ty wyżej, wyżej bądź i dalej
Niż ci, co się wyzbyli marzeń
W ostatnim czasie zaszczyciły nas także i nie opuszczają słowa Andrzeja Poniedzielskiego i jego żony Elżbiety Adamiak. Jakaś niepojęcie głęboka prawda opowiada o nas:

Każde z nas - wywar z przywar
 poetycka recydywa
Każde z nas - czarny las. ciemna toń
Każde z nas to inny świat -  inny atlas snów i marzeń
Jednak obok
Jednak z sobą
Jednak razem


A 2- letnia Bogna z przejęciem szczebiocze refren:
Małą cięść nasich psiejść,   tego cio się nam zdaziło
inni ludzie uwaziają juś zia miłość
Możemy tylko przypuszczać, ile znaczą słowa wypowiedziane w przelocie, zasłyszane gdzieś przypadkiem. Chłopak zza Lustra powiedział kiedyś za kierownicą: Cisza! Posłuchajcie mojej ulubionej piosenki. Potem Ala (10)  nauczyła się ją  grać ze słuchu. Godzinami potajemnie ćwiczyła, wykorzystując każda nieobecność taty w domu. Na 40 urodziny dała mu prezent - zagrała na pianinie i zaśpiewała:

Ile razem dróg przebytych , ile ścieżek przedeptanych (...)
Ile w trudzie nieustannym
wspólnych zmartwień, wspólnych dążeń?
Ile chlebów rozkrajanych?
Pocałunków? Schodów? Książek?




wtorek

Ojcze mój - Halny Wietrze


Jest coś, do czego chętnie wracamy wszyscy   - wspomnienia z gór.

Po słowach-kluczach: "A pamiętacie" ożywiamy się i robimy się jacyś cieplejsi. Mamy sobie tyle do powiedzenia.



A jeszcze  teraz! Za oknem pejzaż jak z Fałata. I lżej, i radośniej przez śniegi brnąć poniedziałkowe, gdy za kurtyną piątku już radośnie podskakuje pierwszy dzień ferii. W taki czas już niemal namacalne stają się ośnieżone stoki i parujące baseny term z naszych myśli. 

Właśnie wtedy się zaczyna:
 - A pamiętacie, jak tato znalazł pisklęta na ścieżce?
- Ej, a pamiętacie jak na Słowacji było zimno? "Kotłownik będzie jutro" - tłumaczył się gospodarz. A my w czapkach spaliśmy, bo na zewnątrz było minus 18 stopni.
- A pamiętacie, jak Antek usnął idąc? Szedł i spał. Mama go potem niosła. Plecak z tyłu- Antek z przodu. A tato odwrotnie: Bogna w nosidle z tyłu, a plecak z przodu.
- Ej, a pamiętacie dywan? Tę owcę?


- A pamiętacie te wysokie drabinki? Wszyscy się trochę bali. A Antek w trakcie wchodzenia po tej najwyższej, popatrzył na wodospad i spytał niczym niezrażony: Wujek, mogę się tu wysikać?
- A...
Można by tak pruć ten ciepły sweter wspomnień, a on wciąż splatałby się na nowo w tajemnicze ściegi pamięci każdego z nas.


Żadni z nas tam alpiniści. Chyba, że niskopienni. Takie tam: Babia, Turbacz, Luboń, Sarnia, Czarny Staw Gąsienicowy, Wysoka, Szczeliniec, Chleb, Diery. A jak dzidziuś maleńki- to chociaż nad Morskie Oko na chwilę lub w dolinę jakąś pobliską.
Mamy niezawodnych przyjaciół tych wypraw. Razem to i wózek na Gubałówkę wynieść niestrasznie, ani wyciągać go na psiej smyczy przez wąwóz Homole, ani Antka paskiem do spodni do siebie przywiązać, żeby było bezpieczniej.

Antoś.Prawie 3... miesiące
Może lepiej byłoby poczekać, aż maluchy podrosną, a nie iść w ciąży w słowackie diery. Tak, może lepiej. Ale my nie możemy czekać. Mamy po 42 lata i pamiętamy jak na jeansy mówiło się teksasy. Prosta kalkulacja wskazuje, że 36 miesięcy (3 lata!) bylismy w ciąży, kolejne 4 lata - karmiliśmy piersią, a dzieci budziły się w nocy. Przez następne 4 jedno z dzieci miało mniej niż 2 lata. C'est la vie!

Chodzenie po górach z dziećmi zaczęło się chyba od Wielkiej Kapryśnicy- Babiej Góry. Maria miała 8 a Ala 6. Kolejne majaczące we mgle zakręty wydawały nam się szczytem. Na tym prawdziwym nie widać było nic. Ale euforię dziewczyn, że jesteśmy w chmurach pamiętam do dziś i ten błogostan przy schodzeniu. Jeszcze po roku Ala rok nagryzmoliła swoją lewą ręką wersalikami: MOJA NAJWIĘKSZA PRZYGODA W ŻYCIU: BABIA GÓRA.


To nie jest tak, że jest łatwo i tylko  przyjemnie. Rodzice podróżujący z dziećmi, wiedzą jaka to cena. Można by rzec, że w potocznym rozumieniu, to właściwie wcale nie odpoczniemy. Wyjazdy zawsze są dużym wyzwaniem i wysiłkiem organizacyjnym. Od nas wymagają też samozaparcia, a czasem wręcz determinacji.
Tak jak wtedy z Zakopanem. Wszystko już  było namarzone, zaplanowane i spakowane. Ala zrobiła flagę- totem wyjazdu. Tylko Polonez nie chciał jechać. Próbowaliśmy pożyczyć samochód, namówić kuzyna... W końcu pojechaliśmy busem do Krakowa, a stamtąd autobusem do Zakopanego. W drodze tam koncentrowaliśmy wewnętrzne siły, aby zapanować nad własnym rozdrażnieniem. A z powrotem: dusza śpiewa!


W ogóle mam takie przekonanie, że jak na początku się coś jest nie tak, to znaczy, że jest normalnie i wszystko gra. Oto klasyczny przykład. Jeden z tysiąca.
Wyjechaliśmy za Skałę. Picie już napoczęte i już niedokręcone (pełna norma) wylało się na wycieraczkę. Chłopak zza Lustra staje na poboczu. Pochyla się nad przydrożną,  pokaźną  kałużą, żeby - wśród głośnego zgrzytania zębami -wypłukać nieszczęsną wycieraczkę z marchewkowej, gęstej mazi.  I wtedy... komórka (natenczas jedyna) wypada  z kieszeni w koszuli prosto do kałuży.

Zawsze zresztą jest ciasno, niewygodnie i mało komfortowo. Szukamy najtańszych noclegów, albo śpimy w 4- osobowym namiocie w sześcioro. Pożyczamy nosidło. Jemy chińskie zupy, konserwy, pijemy herbatę z termosu. A mimo to  w ubiegłe wakacje dzieci nie chciały wrócić do samochodu ze szlaku na Szczeliniec rozpoczętego w Pasterce. No to co, że burza?! Już stanęły na obszytych mchami głazach, już dotknęły wykrotów. Już pierwsze jagody zaczerniły usta. Jak to wracać?! No właśnie: jak to? Poszliśmy, gdy tylko niebo przestało narzekać.


Kiedy Antoś był w dramatycznym stanie w szpitalu, marzył o wyjeździe w góry. Spełniliśmy je trzy miesiące po wypisie. A po roku od choroby, we wrześniowe popołudnie na Górze Zborów, prześwietlony promieniami słońca powiedział:
Mamo,  jestem uzależniony od  gór!


I to jest właśnie to, co lubię najbardziej!
(jak podsumowała onegdaj 8-letnia Ala, z zachwytem przyglądając się głazom otulonym w seledynowy muślin górskiego potoku w Dolinie  Białego)

Za nami Giewont. Pod nami chmury i Zakopane.



sobota

Trzeci dzień świąt

To chyba już w zeszłym roku modne stało się życzyć, abyśmy święta spędzili tak jak chcemy i z kim chcemy. Gdzieś tu pod skórą słów czai się górski stok, jakieś SPA i święty spokój. Z dala od sprzątania, gotowania, familijnych spędów i całego tego świątecznego zgiełku.

Kamienny chleb. Rzeźba.
Fot. wykonana w galerii Wapiennik Łaskawy Kamień

Tymczasem, jak sama nazwa wskazuje : 
w Święta trzeba się poŚwięcić,
 bo jak głosi Pastorałka Kulinarna Andrzeja i Mai Sikorowskich:

Może w trzeci dzień świąt (albo w czwarty czy piąty) uda mi się zawiesić na choince słowa świętej poezji:

                                        Dobroć jest bezbronna
                                        ale nie bezsilna
                                        Dobroci nie trzeba siły
                                        Dobroć sama jest siłą
                                        Dobroć nie musi zwyciężać
                                        dobroć jest
                                        nieśmiertelna

Niech ten piękny wiersz Ryszarda Krynickiego Dobroć jest bezbronna zajaśnieje na skleconą Antosiowymi rączkami szopką, w której obok porcelanowych aniołków, przyfruwających do nas z różnych stron przez kolejne lata, na zadkach przysiadły owieczki, żeby zajrzeć do małego Jezuska. 




Komentarzem do tego zdjęcia będą lapsusy językowe z kolęd. W moich ulubionych kolędowych frazach od lat palmę pierwszeństwa dzierżyło "niebardzo podłe miasto" z "Anioł pasterzom mówił". W tym roku zachwycił mnie wers z "Pasterze mili":
 "szopa bydłu przyzwoita i w dodatku źle pokryta"
 Autor był człowiekiem niezbyt może uczonym, zato z pewnością praktycznym. Zresztą cały ten tekst  smakuje wybornie,  zwłaszcza, gdy Chłopak zza Lustra  śpiewa go swojemu dziasiusiowi i babci lat około dziewięćdziesięciu.

 W archiwalnych wiadomościach znalazłam  nasze życzenia wysłane kiedyś Znajomym. Dedykujemy je także wszystkim czytelnikom mamyczworga:

Obyśmy za rok o tej samiej porze znów zastukali do siebie.


Okuruchów na dywanie, rodzinnego gwaru, 
wyrzutów sumienia z powodu... przejedzenia,
 pobrzękujących telefonów, 
zapomnienia trzeciej zwrotki kolęd
 i tego załamiania światła na choince, kiedy dzieci juz śpią.


niedziela

Każdy przecież początek to tylko ciąg dalszy

Chciałabym bardzo napisać rodzicom tekst jak ręce złożone do modlitwy. Słowa tak pewne jak wiara  naszej 2 -letniej Bogny, która mówi Malyjo Zdlowaś, klękając po środku elektronicznego hipermarketu. Słowa, które dodadzą sił Przygniecionym Meteorem Codzienności.
Naprawdę chciałabym.
Ale życie mamy i taty czworga nie rozpływa się w ustach jak pączek. Ma tyle smaków! Często takich, przy których zamykamy oczy, żeby swoim komentarzem nie sprawić przykrości tym, którzy jedzenie to przygotowywali.
Popielaty jest pejzaż naszych dni, lecz może właśnie on pocieszy.


Rodzice Czworga osiągnęli zawodową pełnoletność - 18 lat w tych samych pracach. Od 14 lat próbują wychowywać dzieci.
A więc, jak to jest być pracującym rodzicem czworga?
Pięknie i szalenie trudno.


Przykład będzie taki niedzielny, żeby do rodzicielskiego powołania nie zniechęcać.
Kiedy ludzie widzą tę słodką buźkę umazaną szminką, uśmiechają się i mówią: "Ale fajnie". Nie znają tego, co było przeddtem i potem. Migawka aparatu zamknęła ułamek sekundy i dokładnie tyle opowiada.

A najpierw był krzyk z powodu KompletnieBezZnaczenia. A potem była szminka, bo w torebce nie było innego OdwracaczaUwagi i maleńka chwila rozmowy z mężem na Temat Wzniosły i Ubogacający.

A następnie trzeba było:
powstrzymać się od złośliwych komentarzy (w końcu wracamy z niedzielnej mszy w przytulnej ojcowskiej kaplicy),
zabrać szminkę (płacz),
odżałować szminkę (wewnętrzny zgrzyt),
wytrzeć buzię (gdzie są  jakieś chusteczki???).
No, a dalej to już tylko znana wszystkim matkom never ending story:
uprać, powiesić, zebrać z suszarki, wyprasować, włożyć do szafy.

Droga z Ojcowa do Skały trwała 5 minut.
Szminkę do dziś wydłubuję palcem.


W dzień powszedni można dorzucić garść przypraw ostrzejszych: wyrzuty sumienia  (dzieci i praca - wszędzie cię za mało), rozstrzyganie domowych konfliktów, utrzymywanie wewnętrznej dyscypliny, która pozwala w jako takim ładzie i składzie funkcjonować całej rodzinie.
I jeszcze taki drobiazg, jak kamyk w bucie maluśki - wewnętrzna walka z naburmuszonym ego.

bo
Każdy przecież początek, to tylko ciąg dalszy. A księga życia zawsze otwarta w połowie



Wisława Sz, .Miłośc od pierwszego wejrzenia


wtorek

Ten jeż to wcale nie jest żaden jeż

 Mój mały maleńki, czy ty o tym wiesz,
 że ten jeż to wcale nie jest żaden jeż
To śliczny królewicz, co dla jakichś kar, 
w jeża zamieniony został przez zły czar

To słowa kołysanki, której melodię zmyśliłam naprędce, gdy Mania i Ala były jeszcze Biedronkami i Krasnoludkami. W książeczce był wierszyk i ilustracje, trzeba było tylko polulać melodią. Wersja była na tyle udana, że stałą się naszą rodzinną usypianką.

Myślę o słowach tego refrenu, gdy pokłuję się o kolce naszych nastolatek.
 - Ała! Czasami bardzo zaboli! Oprócz kłucia bolesnego promieniującego w kierunku ciemnej gwiazdy serca, w asortymencie są też kłujki drobne, szpile permanentne, ostrza obrazy i piki gniewu oraz ich przyrodnie siostry o niewdzięcznych, chociaż jakże obrazowych, nazwach: pyskowanie, zyganie oraz strzelanie focha.


Gdy dzieci były małe, brałam je na kolana. Pomagało. Teraz - gdy się nie da lub nie można pogłaskać ani słowem ani ręką -  różnie: głuchnę, cierpię okresowo na  Alzchaimera, wspominam siebie w tym wieku, głęboko współczując mojej mojej biednej mamie, przeprowadzam rekolekcje.
Jakoś leci.
Są różne złote myśli spod szyldu "Rodzice nastolatków łączcie się!": Małe dzieci nie dają spać a duże żyć, albo Jeśli masz w domu nastolatka, kup sobie psa, żeby ktoś cieszył się na Twój widok, kiedy wrócisz z pracy.
 Dają jednak wzmocnienie negatywne.


Dlatego wszystkim rodzicom, niezależnie od wieku POCIECH (zwracam uwagę na słowo)  -  polecam niewielką, obsypaną nagrodami, bajkę Katarzyny Kotowskiej "Jeż". To metaforyczna opowieść o adopcji, a zarazem historia, która zdarzyła się naprawdę. Przyda się wszystkim mamom, bo każdy w domu hoduje jeżyka z milutkim króliczym futerkiem, które po kilku latach zamienia się w pancerne kolce.

Za każdym razem, gdy ją czytam  - jak mawia mój teść - skraplają mi się uczucia. Wzrusza w niej wszystko: opowieść, ilustracje autorki, symbole depresji. Ale nade wszystko piękne, niezapomniane myśli.
W głowie mam te, którymi kończy się historia chłopca-jeża:

Leć, synku! Jak to dobrze, że nie boisz się latać"


Gdy ja sama zaczynam przypominać cierpkie jabłko, staram się myśleć, że kolce dzieciom kiedyś odpadną a w ich miejsce wyrosną piękne skrzydła. W zasadzie, jak się dobrze przyjrzeć, to już je widać. Bo  wszystko
to, co rani, splata się z tym wspaniałym: zaśmiewaniem się do łez, wspólną pracą i wykonywaniem domowych obowiązków, czułością i opiekuńczością wobec rodzeństwa, sukcesami tu i tam, 
i tym... "Kocham was" w esemesie z wakacji.



Fot. Chłopak zza Lustra:
1. Bośka
2 i 3 Mania Duża i Mania Mała
4. Na Pochylcach za naszym domem.

Książka do nabycia, np tutaj: Kotowska K., Jeż, Media Rodzina

A teraz trzeba się wziąć w garść i się nie wyryczeć

Marysia (14): - Ale się odstrzeliłaś Bogusiu!
Bogna (1,8): - Pif -paf!

To w tytule - to Antoś (4,9) na podsumowanie długiego wieczoru i własnego zmęczenia.



Powiedzonka dzieci - tyle w nich humoru i błyskotliwości! Funkcjonują w języku rodziny na zasadzie złotych myśli i przywoływane są, kiedy trzeba. Świetnie nadają się do podtrzymania na duchu i rozjaśnienia smutniejszych chwil. Niektóre są wiecznie zielone, inne żółcieją i brązowieją.
Zapisuję je - nierzadko przy pomocy pamięci i rąk dzieci - w notesiku, od którego dawno zgubiła się maleńka kłódeczka. Zakładając go 14 lat temu nie wiedziałam, że wciąż przybywać mi będą dzieci a wraz z nimi słowa, których nie chcę, by zaćmił czas i które potrafią przywołać tyle dobrych wspomnień.

Jak to, gdy dwa lata temu, tak świetnie było nam na wyjeździe ze znajomymi i ich dziećmi. Po pierwszej nocy Antek o świcie nieprzytomny otworzył oczy i upewniał się:

- Tato! Są jeszcze te wakacje?

Albo te w typie purenonsensu:

- Ratunku!!! Widziałam niewidzialnego pająka!!! (Ala, 3)




Marysia, kiedy była trzylatką, chodziła i powtarzała jak mantrę:

- Co by mnie tu pocieszyło? Co by mnie tu pocieszyło?
 Co by mnie tu pocieszyło?

Zadaję sobie czasem to pytanie. Najlepiej - tak jak dziecko - kilkanaście razy. Mądrość pramatki i praojca, która mieszka podobno w każdym z nas, udziela potrzebnej odpowiedzi.

A tak już na marginesie, pamiętajcie, że nie wszystkim się można pocieszyć. Bo:




- Jabłusko to jest na kupkę, a nie na pociesenie...

środa

Wpadnijcie na parę chwil

Są takie miejsca, które dają siłę.
Ten kwiatek, ten kamyk, te chmury. Cień, co łasi się do rozgrzanego muru. Pachnący wiatr, który głaszcze ramiona i nogi. Wszystko to niby dobrze nam znane, ale Tam wygląda jakoś inaczej.

Może dlatego, że w końcu znaleźliśmy czas, żeby na nie popatrzeć.
Może dlatego, że spowite są w magię miejsca.
Może dlatego, że świat ludzi, do których jedziemy - trochę inny od własnego, a zarazem ucieleśniający nasze wewnętrzne tęsknoty.
A z drugiej strony...tak dobrze wrócić potem do siebie. Po to  chyba wyjeżdżamy - żeby na skrzydłach wrócić do swojego gniazda.



Nasz dom zawsze lubił gości. Czasem bywało, że w pokoju z kuchnią, w którym kiedyś mieszkaliśmy, spało 10 osób. Teraz miejsca jest więcej.
Może centrum naszego wszechświata dopiszecie do swoich map pamięci? Do tych miejsc, na których wspomnienie robi się cieplej, gdy w domu i w pracy niepogoda a czasem grzmi?



Ojców i Kraków czeka. My też.
Wpadnijcie na parę chwil  
Zapraszamy

Namiary można znaleźć TUTAJ



Fot. 1. i 3. Chata za Wsią - fot. Chłopak zza Lustra
Fot. 2.  Chata za Wsią - fot. Marek O. - www.fotoproarte.pl



czwartek

Zimna Zośka

Ten tekst napisałam kilka lat temu. Babcia Zosia - mama mojej mamy (metr pięćdziesiąt w chustce) - zmarła dwa miesiące później.
To dla Ciebie, Babciu, na imieniny.
I dla Was, którzy rozmyślacie czasem o starości.


Zimna Zośka
15 maj 2008. Zimna Zośka. Imieniny i urodziny babci Zosi. Ma teraz 92 lata. Prawie nie mówi, prawie nie chodzi- jej mózgiem jest moja mama. Od 4 lat.
Codzienność – niekończące się rytuały czynności nieważnych dla człowieka, któremu nazwa geriatria jeszcze nie mówi zbyt wiele. Mama nakłada na łyżkę chlebową papkę i ostrożnie podnosi babci rękę. Wtedy  ramię przypomina sobie, że trzeba wolniutko wykonać posuwisty ruch do ust,  potem je otworzyć,  poruszać, połknąć. Czasem  zapomina się w połowie, co miało być dalej. Jedzenie zamieszkuje wtedy w ustach, dopóki mama go tam nie znajdzie. Połknąć płyn to też wcale nie taka prosta sprawa - żeby się nie zakrztusić, babcia pije przez słomkę. Mimo to, kiedy siedzi zobojętniała w fotelu, na języku ciągle otwartych ust dosychają jeszcze cząsteczki sera pozlepiane białym nalotem.
Babcię trzeba posadzić, przekręcić na bok, także w nocy. Bezwładne ciało umieścić na toalecie i popilnować, żeby nie spadło. Trzeba je włożyć i wyjąć przez wysoką ściankę wanny. Uspokoić bezwiednie trzęsącą się rękę, obetrzeć długą nitkę sączącej się śliny, otulić kocem nogi, których nie rozgrzewa ruch, przetrzeć zlepione oczy, pokruszyć tabletkę i znów dać jeść.
       Czasem przez utrudzoną starością głowę przebłyskuje świadomość. Zwykle nieprzytomne oczy, na wpół zasunięte powiekami, zaokrąglają się figlarnie. Na chwilę  zagości  w nich rozumne spojrzenie, a usta rozciągnie rozbrajający, bezzębny, dziecięcy uśmiech. Właśnie tak, jak wtedy, gdy do nieprzytomnego ciała powiedziałam, głaszcząc je po ręce: „Babciu, to ja – Ania. Będę mieć trzecie dziecko. To ma być chłopczyk.”
Moja babcia jest staruszką. Nigdy nie oszczędzało jej życie i nawet starość nie przyniosła wytchnienia. Wojna, ślub z wdowcem z dzieckiem, sześcioro własnych dzieci, bieda cerowana sprzedażą jajek i serów. Wiejska gospodarka: jedna krowa, jedna świnia, kilka kur, kaczek, gęsi, kilka malutkich piaszczystych poletek rozsianych po całej wsi - w sam raz tyle, aby wyjść rano z domu i wrócić do niego, kiedy świerszcze kończą swoją partyturę, oddając głos ujadającym nocami wiejskim psom.
Babcia przeżyła śmierć męża i syna. Potrafiła tkać, prząść, haftować. Nie raz przechodziła tajemną drogę od bladoniebieskich lnowych kwiatków do białych męskich koszul. Misterne oczka i logika splątanych wzorów nicianych serwet pamiętają jej zwinne palce.  Te same  gołe dłonie zaciskały twarde rzemienne lejce konia, siekły trawę kosą, pokrzywy sierpem.  Babcia zeskakiwała z wozu wonnego siana, krzycząc radośnie „Ju-huu!”, gdy miała ponad 70 lat. Czasem malowała usta i farbowała przerzedzone włosy czeską farbą, którą trzymała na drzwiczkach  lodówki  niedaleko śledziowych koreczków, przywożonych przez ciocię z Krakowa. Na jednym zdjęciu ma założone korale.


Moja babcia nigdy nie widziała morza. Pewnie nigdy nie miała pomalowanych paznokci, a już na pewno nie u nóg. Pamiętam za to jak zrobiła wyciąg dla gąsiątka ze złamaną nogą. Bandaże były przywiązane do gałęzi orzecha, a zrobiona z nich uprząż podtrzymywała gąsiątko, którego chwile zdawały się być policzone. Kilka razy dziennie siadała przy nim i przemawiając mu do rozumku, faszerowała jego dziób jedzeniem. Potem poiła, podnosząc mu gardziołek do góry i tłumacząc cierpliwie „ Pij, no, pij, trzeba żyć”. Wyrósł na potężnego, największego gąsiora - przywódcę stada. Trochę utykał. Dała mu na imię Kuba.
Widzę ją jak na poręczy fajerkowej kuchni zawiązuje pieluchę- worek na odciekający z serwatki serek, jak leszczynowymi gałązkami przepędza orkiestrę naburmuszonych much. Na ustach mam smak mięty, rabarbaru i ciemnych winogron, które tworzyły cienisty tunel przed wejściem do jej domu. Świat zapachów wypełnia piwonia, pomarańczowe lilie, których pyłki brudzą na żółto wąchający nos, wywołująca ciarki na języku woń kiszonej kapusty. Słyszę jej głos, który głaszcze mnie na dobranoc smutnymi wspomnieniami. O ucieczce z Niemiec, o mamie, która umarła, gdy miała 12 lat, a  brat Dyzio trzy, o Dusiołku- sennej zmorze. Jeśli przyjdzie, z piersi może spędzić go jedynie przekleństwo. Kiedy późną nocą babcia układa się koło mnie do snu, słyszę chrzęst słomy w sienniku, pod którym kryje się złośliwa babcina portmonetka.  A gdy rano się budzę, babci już nie ma, za to nade mną wisi stara firanka, która chroni mnie przed porannym natręctwem much. W wiadrze zachęcająco bąbelkuje pianka świeżo przecedzonego krowiego mleka.
Smużki słońca przenikające między deskami stodoły, układają na moich rękach radosną zebrę. Łapię je w dłonie, prześwietlam różowe palce, dziwiąc się widocznym naczyniom krwionośnym. Wdrapuję się na szczyt góry siana i zjeżdżam w dół wprost pod stopy ciągle zagonionej babci.
Świat moich myśli i uczuć to świat stworzony przez nią, tak jak i teraz ten, który swoim zniedołężnieniem uczy szacunku do boskiej woli życia.



Fot. 1-3 Chłopak zza Lustra: roczny Antek i ja, zdj. 2 Grzybowo. 3. Ant

poniedziałek

O niemaniu czasu

Marysia jako dwulatka mówiła:  "Nie mam casu". Znajomego ojciec siedemdziesieciokilkuletni emeryt również twierdzi, ze czasu mu brak. A mama czworga?
Wszyscy chorujemy na to samo.
Chyba dość skutecznie zarządzam sobą w czasie - stosuję zasadę Zrób To Teraz, nie przeceniam silnej woli, darząc większym zaufaniem nawyki, akceptuję brak perfekcji, wyznaczam priorytety. Nie lubię tylko asertywności i kiedy ktoś prosi mnie o coś,  staram się po prostu mówić "tak".
A jednak uleciało gdzieś to jasne światło spełnienia.

W samą porę wszedł mi więc w ręce notes z wiatrakiem, w który łowię czasem dobre słowa.

Poczucie spełnienia rodzi się z pogłębionego życia wewnętrznego - trafiam w pierwszym rzucie.

W odniesieniu do Boga problemem jest nie tyle nadmiar zła, ile nadmiar zajęć
- czytam dalej zapiski z książki  "Rozbita latarnia" ks. Ronalda Rolheisera.

W kulturze zachodu większość ludzi cierpi na zanik zmysłu kontemplacji, choć z natury łakniemy ciszy i samotności. 
Dzieci są z natury kontemplacyjne. 
Aby odzyskać kontemplacyjne mięśnie zadziw się, zachwyć jak dziecko.

Alu wącha kwiatki. 

Jest koło 18.00. Jeszcze za wcześnie na rozpoczęcie akcji spanie, a weny już brak na zagospodarowanie tych ostatnich chwil z dziećmi przed snem. Czytanie było, zwiedzanie domu było, plastelina wtarta w stół i podłogę, karmienie koszatniczek wykonane, klocki rozsypane. Tak.... Co by tu..... wyciągam się na łóżku. Po chwili widzę jak Bogusia trwa w zachwycie wpatrzona w jakiś punkt w pobliżu moich stóp. Nie ruszam się obserwując ją z pozycji horyzontalnej. Licz swoje szczęścia - przypominają mi się słowa z notesu z wiatrakiem. Rozpromieniona buźka zaczyna do tej rzeczy słodko przemawiać w swoim dzidziulińskim języku. Tłumaczy coś łagodnie, może pyta, uśmiechając się i mrużąc oczka. Smakuję tę chwilę i wrzucam ten kadr do szufladki w pamięci z etykietką " Nigdy nie zapomnieć".  Po dłuższej chwili nie wytrzymuję. Podnoszę głowę, żeby zobaczyć, co ją tak bardzo zadziwiło i rozradowało.
 I widzę jak Bogna wyciąga paluszek do dziurki w moich szarych wełnianych rajstopach.

Bogna

Z innych notatek z "Rozbitej latarni":

W życiu wszystkie symfonie pozostają niedokończone.
Wynikiem kontemplacji  jest czystość serca, która owocuje świadomością Boga. 

Praktykuj codzienną półgodzinną kontemplację (strumień świadomości), w którym próbujesz przylgnąć do Boga.

Mało czasu na sen, to mało czasu na sny.

Zamknij oczy, a zobaczysz rozgwieżdżone niebo swojego serca.



Raz na wozie, raz w nawozie

Kiedyś upominałam Alę.  Po raz tysięczny może. Padło więc sakramentalne: "Ile razy ci to mam powtarzać!". Sprawa dotyczyła sprzątania ubrań, albo odniesienia talerza ze stołu, a może wykonywania ćwiczeń. Zwyczajnie - jak u wszystkich. A że czara goryczy akuratnie się przelała, poczułam się rozczarowana po koniuszki palców.  Do Chłopaka zza Lustra marudzę, że  siły już nie mam i że to wszystko chyba bez sensu jest, bo efektów ani widu ani słychu.
 A on rzekł:
Wszystko rodzi się w bólu.
Poczekaj.

Każdego chyba dotyka syndrom rodzicielskiego wypalenia. Czasem aż ręce opadają, że tylko siąść i płakać. Rezygnacja, bezsilność, brak wiary i pomysłów - spotykają częściej lub rzadziej, ale spotykają. Mnie też. W takich chwilach mawiam, że najlepiej idzie mi wychowywanie dzieci cudzych. Z własnymi gorzej. Jakaś inna zrezygnowana matka mówiła: Ja to już powinnam rentę dostać za to jego wychowanie.

Tak. Rodzicielstwo jest trudne, a nasze umiejętności oparte na intuicji i doświadczeniach wyniesionych z rodzinnych domów, a w lepszych przypadkach wzbogacone modnymi poradnikami, których wartość zrewiduje czas i kolejne teorie wydane na błyszczącym papierze - poddawane są nieustającej weryfikacji.

Tymczasem już  starożytni uspokajali:
 
Per aspera ad astra
- Przez ciernie do gwiazd
A więc, gdy nadejdzie ta chwila, w której zaczyna się wydawać, że wszystkich dzieci są lepsze (szybciej zasypiają, mniej płaczą, sa bardziej samodzielne, bardziej sumienne, więcej pomagają, są bardziej pomysłowe itp.) przypomnę sobie, że

Każdy miewa czasem takie dni, w których trawa u innych wydaje mu się bardziej zielona.


sobota

PRWF czyli Piątkowe Rodzinne Wieczory Filmowe

Czwarte dziecko?!
W ciąży?! Ojej...
Tak, to takie niemodne. Patologia pewnie, a co najmniej wpadka. Biedni.

Żeby tylko litościwe westchnienia. Były też te z podlejszego gatunku insynuacje, ironie i wyrazy współczucia. A Iza od pięciorga dzieci mówiła, że niektórzy z ich znajomych wyrażali gotowość dzielenia się swoim doświadczeniem w zakresie antykoncepcji.

Uważajcie. Tak łatwo zranić wielodzietną mamę.
Potrzebujemy waszej radości i zapewnień o tym, że świetnie nam idzie. Naprawdę.

Pewnie, że troskaliśmy się jak to będzie. I to jak! Czy wystarczy nam sił, czy się jeszcze nadajemy i czy Maleństwo będzie szczęśliwe z nami staruszkami. No a praca, którą lubię?
Pewnej nocy obudziły mnie słowa. Usłyszałam je w sobie. Bardzo wyraźnie:

Dziecko niczego nie odbiera. Może tylko dawać
 
Tak się stało.
Narodziny  Bogny pokazaly nam jak wiele jeszcze jest możliwe i ile jeszcze możemy otworzyć drzwi.

Ot chociażby czytanie dziewczynom (12 i 14 lat) książek i PRWFy.  Teoretycznie niemożliwe przy codziennie pracujących rodzicach czwórki dzieci. Prawda? A jednak, coś czego nie robiliśmy z trójką doskonale wychodzi nam z czwórką!

 PRWF czyli Piątkowe Rodzinne Wieczory Filmowe zainaugurowaliśmy ponad rok temu. Generalnie telewizji u nas w dawkach homeopatycznych, więc PRWFy to świetna sprawa. Bywały na nich popcorny, gościła pizza, a nawet ogłosiliśmy amnestię dla chipsów. Piątek jest dniem doskonałym!
To nic, że najmłodsi widzowie padną, a bywa, że i najstarszym się to zdarzy. Ważne, że jesteśmy razem.

Jakie filmy oglądamy?


Jasminum, Stowarzyszenie umarłych poetów, Cinema Paradiso, Życie jest piękne, Uwierz w ducha, Kopia mistrza, Nie lubię poniedziałku, Dym

Przeplatamy czymś dla najmłodszej widowni, np.Odlotem, Nemo.
Dziś obejrzeliśmy Wielki Mike.

Świętujcie Piątkowe Rodzinne Wieczory Filmowe - to świetny czas budowania więzi i wprowadzania w świat. A filmy piękne przecież.



Jeśli baliście się kiedyś tak bardzo, bardzo że aż strach

Lęk i strach to nie to samo.

Pierwszy paraliżuje mózg. Spowija natrętnymi oparami dotąd, aż zaczynasz w nie wierzyć. Jest długotrwały - smaga tak, aż błogosławisz każdą myśl bez niego.
Prawdziwy lęk jest wtedy, gdy zaczynasz się bać samego siebie.

Strach boli inaczej. Mieszka w sercu. Drży. Zagląda do brzucha. Pyskaty jest - jak każde cierpienie  - wypełniony pretensjami i pytaniami: dlaczego? Łatwiej od niego uciec na chwilę: w poszukiwanie nadziei, w pracę, w krzątaninę.
Prawdziwy strach jest wtedy, kiedy bardzo choruje dziecko.

W tym pierwszym pomagała mi afirmacja bodaj z książki Louise L. Hay, Pokochaj siebie

To są tylko myśli, a myśli można zmienić 

W tym drugim z uporem powtarzam tę:

 Ponad 90 procent naszych lęków dotyczy spraw, które nigdy się nie wydarzą


W jednym z Franklinów pani Sowa tak wyjaśnia Franklinowi jego strach przed dużym Łosiem.

Mały czy duży. Co to za różnica. Każdy się czegoś boi
A Wolna Grupa Bukowina śpiewa:

Każdy dźwiga osobną chandrę. 
Pan nie wierzy? 
A jednak to prawda...



Wypłosz. Spod naszych krzaków.
 Uratowany z badziewia 

Zdjęcie pierwsze: 
Strach antysarenkowy z naszych choinek.


Obydwa strachy zalewam też olejem lnianym, który najserdeczniej w strapieniu polecam.

środa

Do zobaczenia w nowym, lepszym czasie

Kochani
Wybaczcie milczenie. Dziękuję, że tu wciąż zaglądacie. Na razie nie będę pisać, bo sama potrzebuję słów nadziei, za to zarażam czarnowidztwem. Do zupełnie czegoś innego miał być ten blog.
Spędzamy czas w pracy i w szpitalu.
Dziękuję wszystkim znajomym za telefony i wszelkie słowa otuchy. 
Tak bardzo marzę o zwykłych, szarych dniach.
Proszę o modlitwę.



Foto: Mikka  żona Jędrka 

poniedziałek

Panie...

W tym tygodniu umarłam kilka razy
W tym tygodniu płakało ze mną wiele osób
W tym tygodniu widziałam łzy innych matek
i trzepoczące powieki ojców dzieci z pokrojonymi głowami

Myślałam jak można żyć dalej
kiedy tak bardzo choruje dziecko

Po raz pierwszy przez cały tydzień spałam w naszym łóżku bez Ciebie
Było mi zimno. Ubrałam Twoją koszulę

W pusty strąk serca włożyłam rachityczną nadzieję
Przyglądam się jej
Niepewnie
 
Jak poręczy trzymam się słów Jana:

Panie choruje ten, którego Ty kochasz


Antoś

Obraz  Ryha Paprockiego. Zapora w Niedzicy. 

czwartek

Moja jest tylko racja i to święta racja

W sieciowym katalogu Blogi Mam zarejestrowałam się w kategorii Ekspert. Jak by nie było, co czworo dzieci to nie jedno. Specjalizacja jest.
Może się więc wydawać, że dla takiej wielodzietnej mamy wychowanie potomstwa to bułka z masłem.
W istocie. Mam kilka opanowanych do perfekcji umiejętności, które zawdzięczam wielokrotnemu macierzyństwu, np.
- zachowywanie zimnej krwi w zdrowiu i w chorobie (ileż to przeżytych nagłych gorączek, chorób zakaźnych, uczuleń i suchych kaszlów!)
-  wykonywanie rozmaitych czynności życiowych jedną ręką (make up, odcedzanie makaronu, mycie okien, odkurzanie, toaleta - czego to się nie robi z dzieckiem na biodrze),
-  ustalanie priorytetów (chociażby w minizakresie: oderwać noworodka od piersi, czy zareagować na rozpaczliwe wołanie dwulatka: kupaaaaa!),
- wywabianie plam,
- odporność na krótki i przerywany sen (po tylu latach wydaje się, że sen właśnie tak wygląda)
- umiejętność bezgłośnego kichania, bo dziecko taki apsik budzi,
- rytualne snucie marzeń o dzieciach grzecznych, porządnych i ułożonych,

 Tyle tylko, że żadna z tych "sztuk" bezpośrednio nie dotyczy wychowania. Umożliwiają tylko funkcjonowanie domu i zachowanie względnego spokoju. Więcej chyba nic.

Paradoksalnie czterokrotne bycie mamą doprowadziło mnie do odkrycia prawdy oczywistej: nie ma uniwersalnego sposobu na wychowanie. Okazało się, że do dzieci nie ma dołączonej instrukcji obsługi. Mało tego - każde z nich guzik od tej samej sprawy ma w innym miejscu, o ile w ogóle go posiada. Ba! Kolejnych dzieci nie da się wychować tak samo, bo zmieniamy się my, współwychowuje rodzeństwo, trafiamy na innych przewodników życiowych, znajdujemy się w innych sytuacjach.

Tak sobie myślę, że macierzyństwo i ojcostwo uczy przede wszystkim pokory i tolerancji. Niejedną lekcję tych cnót trzeba odebrać będąc rodzicem.

  2012

Cichutko głaskać aspiracje i pragnienia zawodowe, żeby nie odzywały się zbyt głośno i często, a najlepiej odeszły od nas wcale.
Przewartościować szary dzień nad splendor i oklaski.
Poczuć gorzki smak impertynencji tych, którzy wiedzą lepiej.
Spłonąć na widok zachowania latorośli i przełykać wstyd o smaku papryczki chili.
Milczeć, gdy tysiące czarnych słów, którym rozum nie udzielił głosu, wisi na krawędzi ust.
Ciągle przekonywać się, że norma jest znacznie szersza i głębsza, niż  sądziliśmy, bo właśnie problem dotknął nas.
Westchnąć, bo nasze dzieci okazują się zwyczajne - jak my - pełne zalet  i wad.

Czasem, niestety, ego bezlitośnie skrzeczy.  Wtedy zdaje mi się, że

Moja jest tylko racja i to święta racja. 
Bo nawet jak jest twoja, to moja jest mojsza, niż twojsza,
 że właśnie moja racja jest racja najmojsza!

To ja  mam czworo dzieci. To ja jestem ekspertem. To ja wiem lepiej.
Cóż...
Te głosy lubi złagodzić modlitwa św. Tomasza z Akwinu:

 Panie, zachowaj mnie od zgubnego nawyku mniemania, że muszę coś powiedzieć na każdy temat i przy każdej okazji. Odbierz mi chęć prostowania wszystkim ścieżek. 

Użycz mi chwalebnego poczucia, że czasami mogę się mylić. 

Serdecznie ją polecam.

Pełny tekst tej modlitwy można znaleźć np. tutaj

P.S.
Ciężko było czytać tego Miłosza przy karmieniu - 800 stron trudno utrzymać jedną ręką. Czasem się nie da.
.