Pokazywanie postów oznaczonych etykietą słowa dające siłę rodzicom. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą słowa dające siłę rodzicom. Pokaż wszystkie posty

sobota

Tylko nie ulegajmy przedwczesnym niepokojom

Co słychać dobrego? Legendarne, ulubione pytanie Chłopaka zza Lustra.
Co słychać?  Pytają mnie znajomi, których trajektorie lotu skrzyżowały się z moją.
Co słychać? Pytam często ja.



Ale co z odpowiedzią? Jak ocean codzienności zmieścić w jednej kropli spotkania? I żeby uczciwie było, z szacunkiem? 
Jako że w pogardzie mam amerykański sztuczny miód (keep smiling), odpowiadam zwykle słowami wujka Kacpra: Po japońsku: jako tako lub słowami kończącymi  zabawę z maluchem na kolanach:
Góry - doliny- rów.


Ludzie czasem pytają  jednak szczerzej: jak sobie radzicie? O, to grubsze pytanie - otwiera większą przestrzeń, ale chwilowość spotkania pozwala znów jedynie na humor:
Kolejno odlicz i naprzód marsz lub Validol w schowku w samochodzie i całkiem nieźle ogarniamy - mówię.
To jednak ciagle odczepiajki -zagajajki, więc chyba tylko  język poezji może oddać głębię głębinową.  Najwłaściwszą odpowiedź podpowiada mi  Mistrz Młynarski:
Jeszcze w zielone gramy!

Tak, właśnie! Jeszcze w zielone gramy! 
Jak to w grze i jak to w rodzinie: bywa różnie - czasem trzeba przegrać. Jednak wciąż mamy w sobie tyle dziecięcej radości, nadziei, sił i wiary. I wciąż chce się nam siebie odnajdywać, takich najpiękniejszych i patrzeć na siebie tak, jak w tych listach pisanych w maturalnej klasie.

Tylko nie ulegajmy przedwczenym niepokojom,
bądźmy jak stare wróble,co stracha się nie boją


A kto pozna tę wytworną  jak dąb piosenkę, ten będzie wiedział, co u nas słychać, choćby i  tylko na chwilę spotkały się nasze cienie:
Jeszcze w zielone gramy, jeszcze nie umieramy
Jeszcze się spełnią nasze piękne sny, marzenia, plany (...)


Jeszcze w zielone gramy, chęć życia nam nie zbrzydła 
Jeszcze na strychu każdy klei połamane skrzydła (...)

Jeszcze w zielone gramy, choć życie nam doskwiera
Gramy w nim swoje role naturszczycy bez suflera
W najróżniejszych sztukach gramy, lecz w tej, 
co się skończy źle

Jeszcze nie, długo nie!
Zdjęcia:
1. W oczekiwaniu na dzieci ze świadectwami. 2. Tatą być! - Bobolice. 3. Dziadziuś Tadek z Bogusią "po zielone". 4. Na Kazimierzu w Krakowie
 (u góry mieszka Pan Bóg - może kiedyś uda się zrobić foto).








poniedziałek

Szarpię życie za brzeg listka

Zaczęło się jak co roku - może w tym, to już nawet w lutym -  
od podszytego zachwytem stwierdzenia 
"z a w i o ś n i a ł o!"


(pożyczonego na stałe z wiersza Stanisława Młodożeńca)

Potem już tylko Miron szeptał nam do ucha pocieszenie:
  to tylko  "nowa wiosenna słabocha"
W tym czasie z moich ulubionych "Wierszy antywiosennych" przypomniałam sobie te, które onegdaj pomogły mi  oddychać, bo zrozumiałam, że inni czasem też tak mają:

wiosną we mnie dmuchło
na zdechło

Kochacie siebie na wiosnę?
bo ja nie

Wiosna jasna
 jak cholera
działa na mnie
katrupiąco

W sukurs przypędził niezastąpiony Andrzej Stasiuk. Ciało jego książki "Nie ma już ekspresów przy żółtych drogach" dotykane wielokrotnie, z nabożeństwem i z głęboką wewnętrzną zgodą. Fragmenty czytane na głos Chłopakowi zza Lustra:


"klimat umiarkowany (...) jest w istocie klimatem nieobliczalnym, klimatem schizofrenicznym, i przeklętym. (...)
 Trzy dni temu było plus piętnaście stopni, a dzisiaj jest minus siedem. Powinniśmy być traktowani jak trochę niepełnosprawni, powinniśmy być częściowo zwolnieni od jakichś podatków albo ktoś powinien fundować nam sanatoria. Jakie pojęcie o naszym życiu może mieć Włoch, nad którego ojczyzną słońce nigdy nie zachodzi?"1

 A tu znienacka rozpieścił nas zapachami Czas Bzów i Konwalii. Dzwoneczki ich bajkowe, śmieszne i pyzate - istne  przedszkolaki. Ale miałeś dobry humor Panie Boże, gdy wywijałeś  jasnokremowe płatki maleństw! - myślę. Włożyłam pachnącą gałązkę w książkę Soni Raduńskiej i głaszczę nią strony, spijając słowa z jej ust. Na festynie dla dzieci kupiłam decoupagowe kolczyki. Obnoszę się co dzień z ich kolorami paproci, mchów i błękitu nieba.



Na pamiątkę bierzmowania Marysia dostała młode małżeństwo białych gołębi. Miał być jeden jako znak Ducha Świętego, szczególnie po to, by przypominać sobie o darze męstwa. Miał być obfotografowany i wypuszczony. Przyjechały dwa i wybrały nas. Wczoraj miały parapetówkę w centralnym szczycie domu, który Chłopak zza Lustra trzy dni urządzał na gołębie mieszkanie. Zadzieram głowę w górę i podziwiam ich doskonałą biel, łagodne linie kształtów i dostojeństwo. Tak wyobrażam sobie uosobione szlachectwo ducha.

Teraz ze Stanisławem Soyką i Wisławą mówię życiu: 

Jesteś piękne!

bujniej już nie można było,
 bardziej żabio i słowiczo,
 bardziej mrówczo i nasiennie.

 Allegro ma non troppo
(youtube)

Szarpię życie za brzeg listka
 przystanęło? dosłyszało?
Czy na chwilę, choć raz jeden,
dokąd idzie — zapomniało?

Zabiegam mu drogę z lewej
zabiegam mu drogę z prawej,
i unoszę się w zachwycie,
i upadam od podziwu.

Jaki polny jest ten konik,
jaka leśna ta jagoda —
nigdy bym nie uwierzyła,
gdybym się nie urodziła!



1. Andrzej Stasiuk, Nie ma już ekspresów przy żółtych drogach.Wydawnictwo Czarne. Wołowiec 2013, ISBN978-83-7536-628-0.

Zdjęcie z tęczą:  Kraków, po dziewiętnastce u dominikanów 







czwartek

Piosenki nie tylko samochodowe

Osiemnasty rok mieszkamy poza domami rodzinnymi. Pozostały gdzieś wśród ojczyzny-żeromszczyzny puszcze jodłowe, piachy, rozlewiska łąk poprzecinane szalami leniwych strug, łęgów i ptasich przekomarzań. Dawniej co dwa tygodnie pakowaliśmy siermiężne torby podróżne w kolorach lat 90 albo czerwony plecak ze stelażem i w 4 godziny z przesiadką znów byliśmy u siebie. Dzień wcześniej zamawialiśmy rozmowę międzymiastową w okienku pocztowym i oczekiwaliśmy na wezwanie do rozmównicy, aby uprzedzić bliskich o wizycie.

Ponidzie
Gdy pierwszy raz wyjeżdżaliśmy na wakacje do domu, zabraliśmy ze sobą wszystko, nawet kwiatki w doniczkach. Chyba myśleliśmy, że już tu nie wrócimy. Dziś droga Tam zajmuje nam nie więcej niż dwie godziny, ale jeździmy coraz rzadziej. Może dlatego, że dawniej jechaliśmy do domu, a teraz dom jest  tutaj - w tym kiedyś obcym miasteczku.

W drodze do dziadków najpierw uspokajamy siebie i dzieci, potem zwykle szukamy dobrych słów. Czasem słuchamy kazań ks. Pawlukiewicza, czasem opowiadań Olgi, zawsze muzyki. W naszym wesołym autobusie zimą śpiewamy kolędy i pastorałki, w wakacje - wszystkie piosenki z dzieciństwa: od Bo przedszkole uczy bawi nas, po Puszek okruszek
Są też utwory autorskie, np.

Tatuś jest najpiękniejszy  i najmądrzejszy nasz Tatuś jeeest 

oraz piosenki oazowe. Nietrudno ukryć łzę wzruszenia siedząc na przednim siedzeniu, gdy Ala śpiewa:


Wydawać by się mogło, że taka samochodowa piosenka jest nic nie znaczącą towarzyszką podróży i ulatuje w ciszę wraz z trzaśnięciem drzwi auta. A jednak niektóre odegrały rolę  rolę niebagatelną: wpisały się w historię rodziny lub posłużyły  edukacji muzycznej. To w samochodzie jest czas na poznawanie przez dzieci historii polskiej muzyki. Jeszcze słyszę jak kilkuletnie dziewczyny z upodobaniem powtarzają na zmianę rytmiczne: Who's that lisptick on the glass! Lipstick! Lipstick! albo Smycz - smycz - smycz! Raz lepiej raz gorzej!  Maanamu.  Parę lat później Antek zawodzi Mały rastaman Lady Panku.
A ponieważ rozmiłowani jesteśmy w piosence poetyckiej - Wojciech Bellon, Edward Stachura, Agnieszka Osiecka, Marek Grechuta i Adam Nowak przejechali  z nami setki kilometrów. To najznamienitsi nasi goście. 

Wojtek Bellon szepczący Ali :
 Ty wyżej, wyżej bądź i dalej
Niż ci, co się wyzbyli marzeń
W ostatnim czasie zaszczyciły nas także i nie opuszczają słowa Andrzeja Poniedzielskiego i jego żony Elżbiety Adamiak. Jakaś niepojęcie głęboka prawda opowiada o nas:

Każde z nas - wywar z przywar
 poetycka recydywa
Każde z nas - czarny las. ciemna toń
Każde z nas to inny świat -  inny atlas snów i marzeń
Jednak obok
Jednak z sobą
Jednak razem


A 2- letnia Bogna z przejęciem szczebiocze refren:
Małą cięść nasich psiejść,   tego cio się nam zdaziło
inni ludzie uwaziają juś zia miłość
Możemy tylko przypuszczać, ile znaczą słowa wypowiedziane w przelocie, zasłyszane gdzieś przypadkiem. Chłopak zza Lustra powiedział kiedyś za kierownicą: Cisza! Posłuchajcie mojej ulubionej piosenki. Potem Ala (10)  nauczyła się ją  grać ze słuchu. Godzinami potajemnie ćwiczyła, wykorzystując każda nieobecność taty w domu. Na 40 urodziny dała mu prezent - zagrała na pianinie i zaśpiewała:

Ile razem dróg przebytych , ile ścieżek przedeptanych (...)
Ile w trudzie nieustannym
wspólnych zmartwień, wspólnych dążeń?
Ile chlebów rozkrajanych?
Pocałunków? Schodów? Książek?




wtorek

A teraz trzeba się wziąć w garść i się nie wyryczeć

Marysia (14): - Ale się odstrzeliłaś Bogusiu!
Bogna (1,8): - Pif -paf!

To w tytule - to Antoś (4,9) na podsumowanie długiego wieczoru i własnego zmęczenia.



Powiedzonka dzieci - tyle w nich humoru i błyskotliwości! Funkcjonują w języku rodziny na zasadzie złotych myśli i przywoływane są, kiedy trzeba. Świetnie nadają się do podtrzymania na duchu i rozjaśnienia smutniejszych chwil. Niektóre są wiecznie zielone, inne żółcieją i brązowieją.
Zapisuję je - nierzadko przy pomocy pamięci i rąk dzieci - w notesiku, od którego dawno zgubiła się maleńka kłódeczka. Zakładając go 14 lat temu nie wiedziałam, że wciąż przybywać mi będą dzieci a wraz z nimi słowa, których nie chcę, by zaćmił czas i które potrafią przywołać tyle dobrych wspomnień.

Jak to, gdy dwa lata temu, tak świetnie było nam na wyjeździe ze znajomymi i ich dziećmi. Po pierwszej nocy Antek o świcie nieprzytomny otworzył oczy i upewniał się:

- Tato! Są jeszcze te wakacje?

Albo te w typie purenonsensu:

- Ratunku!!! Widziałam niewidzialnego pająka!!! (Ala, 3)




Marysia, kiedy była trzylatką, chodziła i powtarzała jak mantrę:

- Co by mnie tu pocieszyło? Co by mnie tu pocieszyło?
 Co by mnie tu pocieszyło?

Zadaję sobie czasem to pytanie. Najlepiej - tak jak dziecko - kilkanaście razy. Mądrość pramatki i praojca, która mieszka podobno w każdym z nas, udziela potrzebnej odpowiedzi.

A tak już na marginesie, pamiętajcie, że nie wszystkim się można pocieszyć. Bo:




- Jabłusko to jest na kupkę, a nie na pociesenie...

czwartek

Zimna Zośka

Ten tekst napisałam kilka lat temu. Babcia Zosia - mama mojej mamy (metr pięćdziesiąt w chustce) - zmarła dwa miesiące później.
To dla Ciebie, Babciu, na imieniny.
I dla Was, którzy rozmyślacie czasem o starości.


Zimna Zośka
15 maj 2008. Zimna Zośka. Imieniny i urodziny babci Zosi. Ma teraz 92 lata. Prawie nie mówi, prawie nie chodzi- jej mózgiem jest moja mama. Od 4 lat.
Codzienność – niekończące się rytuały czynności nieważnych dla człowieka, któremu nazwa geriatria jeszcze nie mówi zbyt wiele. Mama nakłada na łyżkę chlebową papkę i ostrożnie podnosi babci rękę. Wtedy  ramię przypomina sobie, że trzeba wolniutko wykonać posuwisty ruch do ust,  potem je otworzyć,  poruszać, połknąć. Czasem  zapomina się w połowie, co miało być dalej. Jedzenie zamieszkuje wtedy w ustach, dopóki mama go tam nie znajdzie. Połknąć płyn to też wcale nie taka prosta sprawa - żeby się nie zakrztusić, babcia pije przez słomkę. Mimo to, kiedy siedzi zobojętniała w fotelu, na języku ciągle otwartych ust dosychają jeszcze cząsteczki sera pozlepiane białym nalotem.
Babcię trzeba posadzić, przekręcić na bok, także w nocy. Bezwładne ciało umieścić na toalecie i popilnować, żeby nie spadło. Trzeba je włożyć i wyjąć przez wysoką ściankę wanny. Uspokoić bezwiednie trzęsącą się rękę, obetrzeć długą nitkę sączącej się śliny, otulić kocem nogi, których nie rozgrzewa ruch, przetrzeć zlepione oczy, pokruszyć tabletkę i znów dać jeść.
       Czasem przez utrudzoną starością głowę przebłyskuje świadomość. Zwykle nieprzytomne oczy, na wpół zasunięte powiekami, zaokrąglają się figlarnie. Na chwilę  zagości  w nich rozumne spojrzenie, a usta rozciągnie rozbrajający, bezzębny, dziecięcy uśmiech. Właśnie tak, jak wtedy, gdy do nieprzytomnego ciała powiedziałam, głaszcząc je po ręce: „Babciu, to ja – Ania. Będę mieć trzecie dziecko. To ma być chłopczyk.”
Moja babcia jest staruszką. Nigdy nie oszczędzało jej życie i nawet starość nie przyniosła wytchnienia. Wojna, ślub z wdowcem z dzieckiem, sześcioro własnych dzieci, bieda cerowana sprzedażą jajek i serów. Wiejska gospodarka: jedna krowa, jedna świnia, kilka kur, kaczek, gęsi, kilka malutkich piaszczystych poletek rozsianych po całej wsi - w sam raz tyle, aby wyjść rano z domu i wrócić do niego, kiedy świerszcze kończą swoją partyturę, oddając głos ujadającym nocami wiejskim psom.
Babcia przeżyła śmierć męża i syna. Potrafiła tkać, prząść, haftować. Nie raz przechodziła tajemną drogę od bladoniebieskich lnowych kwiatków do białych męskich koszul. Misterne oczka i logika splątanych wzorów nicianych serwet pamiętają jej zwinne palce.  Te same  gołe dłonie zaciskały twarde rzemienne lejce konia, siekły trawę kosą, pokrzywy sierpem.  Babcia zeskakiwała z wozu wonnego siana, krzycząc radośnie „Ju-huu!”, gdy miała ponad 70 lat. Czasem malowała usta i farbowała przerzedzone włosy czeską farbą, którą trzymała na drzwiczkach  lodówki  niedaleko śledziowych koreczków, przywożonych przez ciocię z Krakowa. Na jednym zdjęciu ma założone korale.


Moja babcia nigdy nie widziała morza. Pewnie nigdy nie miała pomalowanych paznokci, a już na pewno nie u nóg. Pamiętam za to jak zrobiła wyciąg dla gąsiątka ze złamaną nogą. Bandaże były przywiązane do gałęzi orzecha, a zrobiona z nich uprząż podtrzymywała gąsiątko, którego chwile zdawały się być policzone. Kilka razy dziennie siadała przy nim i przemawiając mu do rozumku, faszerowała jego dziób jedzeniem. Potem poiła, podnosząc mu gardziołek do góry i tłumacząc cierpliwie „ Pij, no, pij, trzeba żyć”. Wyrósł na potężnego, największego gąsiora - przywódcę stada. Trochę utykał. Dała mu na imię Kuba.
Widzę ją jak na poręczy fajerkowej kuchni zawiązuje pieluchę- worek na odciekający z serwatki serek, jak leszczynowymi gałązkami przepędza orkiestrę naburmuszonych much. Na ustach mam smak mięty, rabarbaru i ciemnych winogron, które tworzyły cienisty tunel przed wejściem do jej domu. Świat zapachów wypełnia piwonia, pomarańczowe lilie, których pyłki brudzą na żółto wąchający nos, wywołująca ciarki na języku woń kiszonej kapusty. Słyszę jej głos, który głaszcze mnie na dobranoc smutnymi wspomnieniami. O ucieczce z Niemiec, o mamie, która umarła, gdy miała 12 lat, a  brat Dyzio trzy, o Dusiołku- sennej zmorze. Jeśli przyjdzie, z piersi może spędzić go jedynie przekleństwo. Kiedy późną nocą babcia układa się koło mnie do snu, słyszę chrzęst słomy w sienniku, pod którym kryje się złośliwa babcina portmonetka.  A gdy rano się budzę, babci już nie ma, za to nade mną wisi stara firanka, która chroni mnie przed porannym natręctwem much. W wiadrze zachęcająco bąbelkuje pianka świeżo przecedzonego krowiego mleka.
Smużki słońca przenikające między deskami stodoły, układają na moich rękach radosną zebrę. Łapię je w dłonie, prześwietlam różowe palce, dziwiąc się widocznym naczyniom krwionośnym. Wdrapuję się na szczyt góry siana i zjeżdżam w dół wprost pod stopy ciągle zagonionej babci.
Świat moich myśli i uczuć to świat stworzony przez nią, tak jak i teraz ten, który swoim zniedołężnieniem uczy szacunku do boskiej woli życia.



Fot. 1-3 Chłopak zza Lustra: roczny Antek i ja, zdj. 2 Grzybowo. 3. Ant

poniedziałek

O niemaniu czasu

Marysia jako dwulatka mówiła:  "Nie mam casu". Znajomego ojciec siedemdziesieciokilkuletni emeryt również twierdzi, ze czasu mu brak. A mama czworga?
Wszyscy chorujemy na to samo.
Chyba dość skutecznie zarządzam sobą w czasie - stosuję zasadę Zrób To Teraz, nie przeceniam silnej woli, darząc większym zaufaniem nawyki, akceptuję brak perfekcji, wyznaczam priorytety. Nie lubię tylko asertywności i kiedy ktoś prosi mnie o coś,  staram się po prostu mówić "tak".
A jednak uleciało gdzieś to jasne światło spełnienia.

W samą porę wszedł mi więc w ręce notes z wiatrakiem, w który łowię czasem dobre słowa.

Poczucie spełnienia rodzi się z pogłębionego życia wewnętrznego - trafiam w pierwszym rzucie.

W odniesieniu do Boga problemem jest nie tyle nadmiar zła, ile nadmiar zajęć
- czytam dalej zapiski z książki  "Rozbita latarnia" ks. Ronalda Rolheisera.

W kulturze zachodu większość ludzi cierpi na zanik zmysłu kontemplacji, choć z natury łakniemy ciszy i samotności. 
Dzieci są z natury kontemplacyjne. 
Aby odzyskać kontemplacyjne mięśnie zadziw się, zachwyć jak dziecko.

Alu wącha kwiatki. 

Jest koło 18.00. Jeszcze za wcześnie na rozpoczęcie akcji spanie, a weny już brak na zagospodarowanie tych ostatnich chwil z dziećmi przed snem. Czytanie było, zwiedzanie domu było, plastelina wtarta w stół i podłogę, karmienie koszatniczek wykonane, klocki rozsypane. Tak.... Co by tu..... wyciągam się na łóżku. Po chwili widzę jak Bogusia trwa w zachwycie wpatrzona w jakiś punkt w pobliżu moich stóp. Nie ruszam się obserwując ją z pozycji horyzontalnej. Licz swoje szczęścia - przypominają mi się słowa z notesu z wiatrakiem. Rozpromieniona buźka zaczyna do tej rzeczy słodko przemawiać w swoim dzidziulińskim języku. Tłumaczy coś łagodnie, może pyta, uśmiechając się i mrużąc oczka. Smakuję tę chwilę i wrzucam ten kadr do szufladki w pamięci z etykietką " Nigdy nie zapomnieć".  Po dłuższej chwili nie wytrzymuję. Podnoszę głowę, żeby zobaczyć, co ją tak bardzo zadziwiło i rozradowało.
 I widzę jak Bogna wyciąga paluszek do dziurki w moich szarych wełnianych rajstopach.

Bogna

Z innych notatek z "Rozbitej latarni":

W życiu wszystkie symfonie pozostają niedokończone.
Wynikiem kontemplacji  jest czystość serca, która owocuje świadomością Boga. 

Praktykuj codzienną półgodzinną kontemplację (strumień świadomości), w którym próbujesz przylgnąć do Boga.

Mało czasu na sen, to mało czasu na sny.

Zamknij oczy, a zobaczysz rozgwieżdżone niebo swojego serca.



Raz na wozie, raz w nawozie

Kiedyś upominałam Alę.  Po raz tysięczny może. Padło więc sakramentalne: "Ile razy ci to mam powtarzać!". Sprawa dotyczyła sprzątania ubrań, albo odniesienia talerza ze stołu, a może wykonywania ćwiczeń. Zwyczajnie - jak u wszystkich. A że czara goryczy akuratnie się przelała, poczułam się rozczarowana po koniuszki palców.  Do Chłopaka zza Lustra marudzę, że  siły już nie mam i że to wszystko chyba bez sensu jest, bo efektów ani widu ani słychu.
 A on rzekł:
Wszystko rodzi się w bólu.
Poczekaj.

Każdego chyba dotyka syndrom rodzicielskiego wypalenia. Czasem aż ręce opadają, że tylko siąść i płakać. Rezygnacja, bezsilność, brak wiary i pomysłów - spotykają częściej lub rzadziej, ale spotykają. Mnie też. W takich chwilach mawiam, że najlepiej idzie mi wychowywanie dzieci cudzych. Z własnymi gorzej. Jakaś inna zrezygnowana matka mówiła: Ja to już powinnam rentę dostać za to jego wychowanie.

Tak. Rodzicielstwo jest trudne, a nasze umiejętności oparte na intuicji i doświadczeniach wyniesionych z rodzinnych domów, a w lepszych przypadkach wzbogacone modnymi poradnikami, których wartość zrewiduje czas i kolejne teorie wydane na błyszczącym papierze - poddawane są nieustającej weryfikacji.

Tymczasem już  starożytni uspokajali:
 
Per aspera ad astra
- Przez ciernie do gwiazd
A więc, gdy nadejdzie ta chwila, w której zaczyna się wydawać, że wszystkich dzieci są lepsze (szybciej zasypiają, mniej płaczą, sa bardziej samodzielne, bardziej sumienne, więcej pomagają, są bardziej pomysłowe itp.) przypomnę sobie, że

Każdy miewa czasem takie dni, w których trawa u innych wydaje mu się bardziej zielona.


sobota

PRWF czyli Piątkowe Rodzinne Wieczory Filmowe

Czwarte dziecko?!
W ciąży?! Ojej...
Tak, to takie niemodne. Patologia pewnie, a co najmniej wpadka. Biedni.

Żeby tylko litościwe westchnienia. Były też te z podlejszego gatunku insynuacje, ironie i wyrazy współczucia. A Iza od pięciorga dzieci mówiła, że niektórzy z ich znajomych wyrażali gotowość dzielenia się swoim doświadczeniem w zakresie antykoncepcji.

Uważajcie. Tak łatwo zranić wielodzietną mamę.
Potrzebujemy waszej radości i zapewnień o tym, że świetnie nam idzie. Naprawdę.

Pewnie, że troskaliśmy się jak to będzie. I to jak! Czy wystarczy nam sił, czy się jeszcze nadajemy i czy Maleństwo będzie szczęśliwe z nami staruszkami. No a praca, którą lubię?
Pewnej nocy obudziły mnie słowa. Usłyszałam je w sobie. Bardzo wyraźnie:

Dziecko niczego nie odbiera. Może tylko dawać
 
Tak się stało.
Narodziny  Bogny pokazaly nam jak wiele jeszcze jest możliwe i ile jeszcze możemy otworzyć drzwi.

Ot chociażby czytanie dziewczynom (12 i 14 lat) książek i PRWFy.  Teoretycznie niemożliwe przy codziennie pracujących rodzicach czwórki dzieci. Prawda? A jednak, coś czego nie robiliśmy z trójką doskonale wychodzi nam z czwórką!

 PRWF czyli Piątkowe Rodzinne Wieczory Filmowe zainaugurowaliśmy ponad rok temu. Generalnie telewizji u nas w dawkach homeopatycznych, więc PRWFy to świetna sprawa. Bywały na nich popcorny, gościła pizza, a nawet ogłosiliśmy amnestię dla chipsów. Piątek jest dniem doskonałym!
To nic, że najmłodsi widzowie padną, a bywa, że i najstarszym się to zdarzy. Ważne, że jesteśmy razem.

Jakie filmy oglądamy?


Jasminum, Stowarzyszenie umarłych poetów, Cinema Paradiso, Życie jest piękne, Uwierz w ducha, Kopia mistrza, Nie lubię poniedziałku, Dym

Przeplatamy czymś dla najmłodszej widowni, np.Odlotem, Nemo.
Dziś obejrzeliśmy Wielki Mike.

Świętujcie Piątkowe Rodzinne Wieczory Filmowe - to świetny czas budowania więzi i wprowadzania w świat. A filmy piękne przecież.



poniedziałek

Panie...

W tym tygodniu umarłam kilka razy
W tym tygodniu płakało ze mną wiele osób
W tym tygodniu widziałam łzy innych matek
i trzepoczące powieki ojców dzieci z pokrojonymi głowami

Myślałam jak można żyć dalej
kiedy tak bardzo choruje dziecko

Po raz pierwszy przez cały tydzień spałam w naszym łóżku bez Ciebie
Było mi zimno. Ubrałam Twoją koszulę

W pusty strąk serca włożyłam rachityczną nadzieję
Przyglądam się jej
Niepewnie
 
Jak poręczy trzymam się słów Jana:

Panie choruje ten, którego Ty kochasz


Antoś

Obraz  Ryha Paprockiego. Zapora w Niedzicy. 

czwartek

Moja jest tylko racja i to święta racja

W sieciowym katalogu Blogi Mam zarejestrowałam się w kategorii Ekspert. Jak by nie było, co czworo dzieci to nie jedno. Specjalizacja jest.
Może się więc wydawać, że dla takiej wielodzietnej mamy wychowanie potomstwa to bułka z masłem.
W istocie. Mam kilka opanowanych do perfekcji umiejętności, które zawdzięczam wielokrotnemu macierzyństwu, np.
- zachowywanie zimnej krwi w zdrowiu i w chorobie (ileż to przeżytych nagłych gorączek, chorób zakaźnych, uczuleń i suchych kaszlów!)
-  wykonywanie rozmaitych czynności życiowych jedną ręką (make up, odcedzanie makaronu, mycie okien, odkurzanie, toaleta - czego to się nie robi z dzieckiem na biodrze),
-  ustalanie priorytetów (chociażby w minizakresie: oderwać noworodka od piersi, czy zareagować na rozpaczliwe wołanie dwulatka: kupaaaaa!),
- wywabianie plam,
- odporność na krótki i przerywany sen (po tylu latach wydaje się, że sen właśnie tak wygląda)
- umiejętność bezgłośnego kichania, bo dziecko taki apsik budzi,
- rytualne snucie marzeń o dzieciach grzecznych, porządnych i ułożonych,

 Tyle tylko, że żadna z tych "sztuk" bezpośrednio nie dotyczy wychowania. Umożliwiają tylko funkcjonowanie domu i zachowanie względnego spokoju. Więcej chyba nic.

Paradoksalnie czterokrotne bycie mamą doprowadziło mnie do odkrycia prawdy oczywistej: nie ma uniwersalnego sposobu na wychowanie. Okazało się, że do dzieci nie ma dołączonej instrukcji obsługi. Mało tego - każde z nich guzik od tej samej sprawy ma w innym miejscu, o ile w ogóle go posiada. Ba! Kolejnych dzieci nie da się wychować tak samo, bo zmieniamy się my, współwychowuje rodzeństwo, trafiamy na innych przewodników życiowych, znajdujemy się w innych sytuacjach.

Tak sobie myślę, że macierzyństwo i ojcostwo uczy przede wszystkim pokory i tolerancji. Niejedną lekcję tych cnót trzeba odebrać będąc rodzicem.

  2012

Cichutko głaskać aspiracje i pragnienia zawodowe, żeby nie odzywały się zbyt głośno i często, a najlepiej odeszły od nas wcale.
Przewartościować szary dzień nad splendor i oklaski.
Poczuć gorzki smak impertynencji tych, którzy wiedzą lepiej.
Spłonąć na widok zachowania latorośli i przełykać wstyd o smaku papryczki chili.
Milczeć, gdy tysiące czarnych słów, którym rozum nie udzielił głosu, wisi na krawędzi ust.
Ciągle przekonywać się, że norma jest znacznie szersza i głębsza, niż  sądziliśmy, bo właśnie problem dotknął nas.
Westchnąć, bo nasze dzieci okazują się zwyczajne - jak my - pełne zalet  i wad.

Czasem, niestety, ego bezlitośnie skrzeczy.  Wtedy zdaje mi się, że

Moja jest tylko racja i to święta racja. 
Bo nawet jak jest twoja, to moja jest mojsza, niż twojsza,
 że właśnie moja racja jest racja najmojsza!

To ja  mam czworo dzieci. To ja jestem ekspertem. To ja wiem lepiej.
Cóż...
Te głosy lubi złagodzić modlitwa św. Tomasza z Akwinu:

 Panie, zachowaj mnie od zgubnego nawyku mniemania, że muszę coś powiedzieć na każdy temat i przy każdej okazji. Odbierz mi chęć prostowania wszystkim ścieżek. 

Użycz mi chwalebnego poczucia, że czasami mogę się mylić. 

Serdecznie ją polecam.

Pełny tekst tej modlitwy można znaleźć np. tutaj

P.S.
Ciężko było czytać tego Miłosza przy karmieniu - 800 stron trudno utrzymać jedną ręką. Czasem się nie da.
.

poniedziałek

Czas dla nas już płynie

17 lat temu zostałam żoną Chłopaka Za Lustrem.
Często powtarzam słowa modlitwy z naszego ślubnego zaproszenia
i Włodzimierza Dulemby - jednej z najpiękniejszych dla mnie piosenek z muzyką Jana Kantego Pawluśkiewicza.
Niech i Wam przynoszą szczęście.  

Pozwól nam Boże w łaskawości swojej zachować naszą miłość wśród życia trosk i bólu,
byśmy potrafili w jedną patrząc stronę, 
przyjąć z wiarą silną wszystko,
co przyniesie czas  


czas dla nas już płynie i zanim noc minie
zbudzisz się przy mnie jak kwiat snu
(...)

odtąd będziesz dzielił ze mną czas na pół
ciepłem lekkim twych dłoni

nasz szczęściem nakryty stół

i kwiaty pachną na nim
już słychać tętent dnia
jak galop młodych koni
pęd życia z naszych ciał
przyniesie nowy płomień
 
maleńki płacz

nasz szczęściem nakryty stół

choć gwiazdy przyszłość kryją
przed nami czasu zdrój
świt będzie jasną chwilą
i zdarzy się nam cud
by czekać aż on zaśnie
by patrzeć jak on rośnie
maleńki pąk 

 A teraz -  jak zapowiadał Piotr Skrzynecki w Piwnicy pod Baranami - Beata Rybotycka i ...Grześ:




czwartek

Jestem z upływającej wody


Razem z sierpniem przyszła śmierć. Ta tyle razy w życiu wymodlona suplikacjami - nienagła i spodziewana.  Ta kwitowana westchnieniem "piękny wiek". Pomiędzy Bogną a Babcią  90 lat codzienności, zastępy aniołów, demonów i ludzi.
Upał wygonił nas nad wodę. A tam bezczelne życie kipi wszystkimi szczelinami: gwarem plaży, piaskiem z zachwytem obracanym w maleńkich paluszkach, śmiechem dzieci, zapachem gofrów - niepomne na to, że oto stał się jeden ruch  do przodu w zębatym kole życia, jedno oczko dalej w odwiecznym łańcuchu pokoleń.
A dusza moja?  Smutna jest aż do śmierci.  (Mt 26, 36) 


Na pogrzebie Staruszki w maleńkim wiejskim kościółku u podnóża Gór Świętokrzyskich rodzina z czterech stron świata. Praprawnuczek goni jednego z 36 prawnuczków, 20 wnuczka poznaje prawnuczkę, łzę jednej z 4 sióstr ociera jeden z 4 braci. Myślę słowami Isaaka Singera:

 MIŁOŚĆ TRZYMA SIĘ MOCNO 

Posłuchajcie koniecznie tego opowiadania (Ole i Trufa). Można go też przeczytać tutaj. 
I nie od rzeczy są życzenia wujka wypowiedziane nad grobem:

Wszystkiego najlepszego Babciu na nowej drodze życia

Tak właśnie. Wszystkiego najlepszego Babciu. I do zobaczenia.

Osieroconym - Halina Poświatowska i Wolna Grupa Bukowina:



Jestem z upływającej wody
z liści, które drżą
trącane dźwiękiem wiatru
przelatującego pospiesznie




środa

- Mamo, zobacz! -Co? Kałuża. -Nie. Serce.

Z gór, po których chodziliśmy całą ekipą, przywiozłam nowe siły, takie co to przejawiają się w chęci ugotowania wszystkich smaków lata i  zatrzymania zapachu wiatru w stosach dziecięcych ubrań, wydostających się z foliowych toreb i odzyskujących godność na bieliźnianym sznurze. Tak... znów można zacząć mieć nadzieję, że wszystko się zdąży: od zmienionych papierów toaletowych, zamiast pustych rolek zagadkowo zwisających z podajnika, po rozwój duchowy dzieci jak i też własny.
Utrwalam to miłe poczucie sensu, dzieląc się słowami, które chciały mnie spotkać na wakacyjnych szlakach.
Pierwsze - a jakże - w związku z powrotem dziewczyn z oaz ks.Franciszka Blachnickiego (założyciela oazowego ruchu) z dedykacją dla małżonków:

Znoś innych! Miłość chrześcijańska polega na wzajemnym znoszeniu siebie w cierpliwości .

W rezerwacie Białej Wody
lipiec 2012

Drugie z niedzilenej mszy w Jaworkach, a propos wakacyjnych gości i sezonu grillowo - imieninowego:

Najbardziej lękamy się drugiego człowieka. 
Tak bardzo starannie chcemy się przygotować na każde spotkanie, żeby niczego nie zabrakło, 
zamiast po prostu czerpać radość ze spotkania.

Trzecia myśl jest stara jak babcia Drozdzowska, a pewnie i ona ją zasłyszała od innych Mądrych Kobiet.
Ku przestrodze wszystkim sterylnym mamom z jednym dzieckiem i ku pocieszeniu wszystkich mam wielodzietnych :

Gdzie jest pajęczyna tam szczęśliwa rodzina 

Przypomniał ją dziś Chłopak zza Lustra przy obiedzie na widok pająka, który jak linoskoczek balansował nad stołem. Brr..





 A my ciągle na tarasie 
   gadu, gadu, gadu nocą, 
    baju, baju, baju w dzień




Gorzała szybciej dziala, ale kawa się nadawa

Jest takie jedno lekarstwo radykalne. Generalnie - jak mówi tytuł - służy "przełamywaniu lodów przy nawiązywaniu stosunków towarzyskich", ale moim zdaniem ma dość szerokie spektrum działania. Skuteczne jest więc też na sytuacje, kiedy okazuje się że dziecko zaczyna mieć ospę, gdy właśnie  wyjeżdża się na wakacje (w naszym przypadku to była też Wigilia). Kiedy obowiązki spiętrzyły się tak jak góra prania w łazience i naczyń w kuchni. Kiedy latami gromadzone doświadczenie jest nic niewarte wobec oddechu rutyny i samego siebie chciałoby się kopnąć w tyłek, o ile tylko ta część ciała znajdowałaby się w zasięgu. Kiedy nasz pieczołowicie pielęgnowany chilloucik nagle brzmi jak zgiełkliwy hard rock. Słowem: kiedy czar pryska.
 Proszę bardzo - egzemplum spod naszego kawałka nieba.


Rozlewam lato w butelki - jak powiedziałby słowiarz Tuwim (czy ktoś jeszcze pamięta ten wiersz z beztroskich lat podstawówki?) Kopiaste wiadro wiśni  przybiera formy zgrabnych butelek, dżemowych słoików i otyłego dymionu. Razem z nimi, oblizując lepkie od soku palce, pasteryzuję obrazy, aby ogrzać się nimi w krótkie zapracowane dni:
nachylam się nad uwięzioną w butelce esencją letnich aromatów i patrzę przez nią na wiśniowy świat,
uśmiecham się do wspomnienia Chłopaka zza Lustra, który w pierwsze ciepła przywiózł lody gałkowe w dwóch rękach, trzymając przy tym kierownicę i oczywiście zmieniając biegi, bo chciał zjeść je ze mną na tarasie,
łapię Bogusine tadatadada, które za miesiąc już nigdy nie będzie miało się powtórzyć.
Jest tu też miejsce dla Antka sikającego w pokrzywy, bo "tu jest lepiej" 
i szklanki mineralnej z porzeczkami spowitymi w bąbelki, przygotowanej przez Manię - to nic, że późnym wieczorem -  w końcu są wakacje. No i Prosiaka - 10- letniego przyjaciela Ali - w okularach przeciwsłonecznych.






Już już jestem bliska przekonania, że  to bieg wolny jest najwłaściwszym tempem życia.
Zjadamy kolorowe leczo i wychodzimy obejrzeć konika polskiego z  kobiecą zalotną grzywą, który pasie się za naszym płotem. Wkładam Bognę do wózka i odwracam się, żeby jeszcze zabrać cośtam. A potem słyszę nagły płacz, którego brzmienia nie znam. Kiedy po godzinie okazuje się, że ceną mojej niefrasobliwości jest być może tylko guz, dusza dygoce we mnie jeszcze jak osikowy liść. Chłopak Zza Lustra pociesza jak umie: nie martw się, mnie tak samo od razu serce rozbolało...

"Kawa się nadawa, lecz gorzała szybciej działa" 
- zaczyna tropić moją krzątaninę dwuwers z wiersza Stanisława Barańczaka. "Zastosować!" -  wydaję sobie żołnierskie polecenie.
Zażywam w wersji dla matek karmiących czyli: "Gorzała szybciej działa, ale kawa się nadawa".
Nadawa się, nadawa, chociaż  tradycyjnie wystygła. Bo czasem wystarczy tylko zaparzyć.

Uśmiechu życzę przy Jarosławie Wasiku:

 



niedziela

A kiedy boli mnie skarpeta

Bywa, że nasz 4 -letni Antoś z przedszkola przychodzi nie w humorze. Nie dośpi, żółtka nie wciągnie i swoje złe samopoczucie wyraża narzekaniem. Któregoś razu, gdy właśnie wszystko było nie tak, wykrzyczał:

- Skarpeta mnie boli !!!

Rodzinka od razu podchwyciła, bo kogóż z nas czasem skarpeta nie boli...
Komunikujemy się więc teraz mniej więcej tak:

- Co Maryś?
- Nic...Skarpeta...
Albo:
- Co mamo. Skarpeta ?

No więc, kiedy boli mnie skarpeta, lubię natknąć się na dobre słowo. Toteż do Wielkiego Sprzątania na lodówce wisiało przesłanie:
 
 Jeżeli masz jedzenie w lodówce,
ubranie na grzbiecie, dach nad głową i łóżko do spania...
 
To jesteś bogatszy niż 75% ludzi na świecie 


 Najbardziej jednak przejmują mnie te:

 Jeżeli Twoi rodzice żyją
i ciągle są małżeństwem ...jesteś wyjątkową rzadkością


Żegnam się zaś tym oto przesłaniem, przytulając wszystkich, których właśnie boli skarpeta i w sieci szukają zapomnienia:

Jeżeli możesz przeczytać tę wiadomość,
to jesteś szczęśliwszy niż dwa miliardy ludzi,
którzy w ogóle nie umieją czytać

 
Na Gubałówkę ze spacerówką
2005

Poniżej pełny tekst. Może ktoś znajdzie tu jeszcze coś dla siebie.

Jeżeli

Jeżeli masz jedzenie w lodówce,
ubranie na grzbiecie, dach nad głową i łóżko do spania...
To jesteś bogatszy niż 75% ludzi na świecie

Jeśli masz pieniądze w banku i trochę
drobnych w portfelu...
To należysz do 8% najbogatszych ludzi na świecie

Jeżeli obudziłeś się rano bardziej zdrowy niż chory...
To masz się lepiej niż milion ludzi, którzy nie
przeżyją tego tygodnia!

Jeżeli nigdy nie doświadczyłeś niebezpieczeństw wojny,
samotności, więzienia, tortur i głodu...
To jesteś w lepszym położeniu
niż 500 milionów ludzi na świecie

Jeżeli możesz chodzić do kościoła bez strachu, nie obawiając
się aresztowania, tortur lub śmierci...
To masz więcej szczęścia niż miliard ludzi
na tym świecie

Jeżeli Twoi rodzice żyją
i ciągle są małżeństwem
...jesteś wyjątkową rzadkością

Jeśli potrafisz trzymać głowę wysoko z uśmiechem na twarzy
i umiesz okazać wdzięczność...
to jesteś wybrańcem, bo wielu potrafi być
wdzięcznym, ale niewielu to robi

Jeżeli możesz trzymać kogoś za rękę, przytulić kogoś
lub chociaż poklepać po ramieniu
...to jesteś szczęściarzem, bo możesz przekazać ukojenie

Jeżeli możesz przeczytać tę wiadomość,
to jesteś szczęśliwszy niż dwa miliardy ludzi,
którzy w ogóle nie umieją czytać.






wtorek

Ciesz się mamo

   Trzy lata temu Maria - jako uczennica V klasy - wzięła udział w ogólnopolskim konkursie,  takim co to w każdej szkole organizują, tylko trzeba zapłacić wcześniej 8 zł. Rezolutne dzieciaki chętnie biorą w nim udział,  bo zawsze to jakaś matematyka przepadnie. Jakież było nasze zdziwienie, gdy bodaj po miesiącu Maria ogłosiła, że została laureatką i zajęła 7 miejsce w Polsce.
Po rozmaitych przejawach entuzjazmu (z tańcem radości włącznie), dopadły nas wygłodniałe

w ą t p l i w o ś c i

- Ale Marysiu, może to nie  w Polsce, tylko w szkole?
- No a masz jakieś potwierdzenie, dyplom, albo coś?
- A jak ci to pani powiedziała?
- No wiesz, w Polsce ze wszystkich szkół... to by było bardzo poważne zwycięstwo. Pokonałabyś setki, jeśli nie tysiące osób... - próbowałam uświadomić jej rangę sukcesu.
- Może się przesłyszałaś
Magiel trwał, aż w końcu skonsternowana Marysia odpaliła:

- A ty się mamo ciesz i nie wnikaj!

Trudno nie uwierzyć w to, że dzieci są nam dane także po to, aby nas wychować, abyśmy naprawdę mogli dojrzeć. 




 Nad Czarnym Stawem Gąsienicowym
2010



A czy Wy pamiętacie  słowa swoich dzieci, które otwierały Wam oczy na świat i siebie samych?


"Są słowa, które koją" czyli koła ratunkowe

Czasem nie ma lekko. Czasem jest ciężko. No dobrze - często. Nie ma dnia, żeby się nie zmagać, a najgorzej pokonać własne ograniczenia.
Chciałam tu jednak napisać o innych sytuacjach - o takich, gdy jest bardzo, bardzo, bardzo ciężko. Kiedy czarna dziura miłośnie nas nęci, testując pokłady naszej wytrzymałości.
Znam ją dobrze.
O, chociażby wtedy:  Marysia ma 2,5 roku, a Ala pół. Musimy się przeprowadzić. Kupujemy maleńką, zrujnowaną chatkę. Rusza szybki remont. Mam przez 2 miesiące co dzień na śniadaniu, obiedzie i kolacji 4 ciężko pracujących mężczyzn i naloty gości, ciekawych naszego szalonego przedsięwzięcia. Jestem ambitna - obiad jest dwudaniowy; ciasto, deser. Alusia na piersi - w nocy budzi się co dwie godziny. Narzekam.
Kiedy wydaje mi się, że teraz to już koniec, nie dam zwyczajnie rady -  Marysia dostaje gorączki na pełny termometr.
Powiedziałam do siebie:
- Widzisz, nigdy nie narzekaj, bo zawsze może być jeszcze gorzej. Wszystko uniesiesz, bo wszystko mija.
Minęło.

Albo wtedy - maj, w pracy armageddon- wychodzę rankiem, wracam na noc. Pranie zapachniało w pralce jakoś inaczej. Lekarz, spojrzawszy na wyniki badań Marii, mówi: - Ona jest chora jak pieron.
 Zamieszkuję w szpitalu.
W słuchawce słyszę słowa mamy :
- Nie martw się córcia. Jeszcze nadejdą zwykłe, szare dni.
Nadeszły.

Bogusia ma 2 miesiące. Nie może spać. Krzyczy. Krzyczy. Krzyczy. O 4 w nocy przestaję udawać, że dam radę . Płaczę na głos, jak chyba ostatni raz w dzieciństwie.
Przypominam sobie telefon od Izy - mamy pięciorga dzieci:
- Kiedy już nic nie działa, to najważniejsze, żeby przetrwać noc .
Okładam się jej słowami jak plastrami na krwawiącą ranę.
Dziś wstydzę się myśli, jakie wtedy wydawały mi się absolutnie słuszne,
a Bogusia jest szczęśliwą rzepką.



Góra Chleb 1646 n.p.m.
Na zdjęciu Bogusia od 6 miesięcy stacjonuje w Hotelu Mama
2010


  Rzepka
zwana Bogną