czwartek

Dzień dobry. Poproszę jednego losa.

Tak się mówiło w czasach, kiedy obiektem pożądania Polskiej Madonny była zielona woda toaletowa "Basia" w szklanej skręcanej buteleczce i masło solone. Dzieci - jak zawsze - miały swoje pragnienia: kolorowe kulki gum do żucia, chiński piórnik na magnesy, zestaw tęczowych flamastrów albo foliową poduszeczkę pomarańczowej cieczy ze słomką.


   W tamtych latach więzy przyjaźni impregnowane były na długiej przerwie, gdy naślinionym wskazującym palcem wyjadało się z niebieskiego opakowania  mleko w proszku "z darów" albo tzw. "oranżadkę" z maleńkiej papierowej torebki. Taką moc braterstwa miał tylko jeszcze "emitowany dla pracujących w godzinach dopołudniowych" serial Niewolnica Isaura, który oglądaliśmy na lekcjach wraz z panią. Ale to było kilka lat później. 
   Losy - to było naprawdę coś specjalnego! Równie atrakcyjnego jak pojawiający się niekiedy, pokryty papą barakowóz ze strzelnicą, na której można było zdobyć sztuczną gąbkową różyczkę. Po środku szarego blokowiska robotniczego miasteczka stała zielona, okratowana budka z płyty pilśniowej, z francuska nazywana kioskiem. Gdy się stanęło na palcach, można było zobaczyć  trwałą ondulację tęgiej pani, widywanej przez nas także w maglu, która szerokością rozpostartych ramion ogarniała swe gazetowe królestwo, złożone z "Trybuny Ludu", "Wieści" z zieloną czterolistną koniczynką na winiecie, papierosów "Sportów" i pudełeczka z losami właśnie. Miały kształt, nieznanego jeszcze wtedy, listka gumy do żucia i kolor gazet, koło których leżały. Przedsmak hazardu miał ów dreszczyk szczęścia, doznawany w krótkiej chwili, gdy po oderwaniu bocznej banderoli, szukało się numeru losu pośród kolumn cyfr na przyklejonym na kiosku plakacie z wykazem nagród. Najczęściej słychać było zrezygnowane: "Pusty", ale też wszyscy od czasu do czasu wygrywaliśmy to samo - jeszcze jeden los, który znów napełniał nas ułudą na wygranie głównej nagrody - Fiata 126p. Tak... czasem się lepiej łudzić niż budzić.

   Ten sam smaczek czułam teraz. A było to tak.
Żałując, że nie potrafię "śmiać się do rozpuku jelit" - jak napisał wczoraj Antek w zeszycie, za to swoim grymasem zepsułam kilka razy domownikom oglądanie kabaretu oraz oświecona świadomością, że smutek jest grzechem - postanowiłam przemóc w sobie te melancholijno - dekadenckie skłonności. Matka radosna musi być! Żona piękniejsza jest, gdy się uśmiecha! 


    Ale co zrobić z człowiekiem, którego wrażliwość na kawały najstarsza córka podsumowuje jękliwie: "Mamo, ty to tylko "szachuje". Jest to aluzja do śmieszącej mnie anegdoty o Jerzym Bralczyku, który otrzymał zapytanie od słuchacza, czy słowo "szachuje" jest zgodne z polską normą językową. Językoznawca odpowiedział, że owszem znane są takie użycia, ale polszczyzna zna bardziej dyplomatyczne zwroty, np. "Ciszej, panowie".
    Za radą ks. Pawlukiewicza, doszłam do przekonania, że jeśli chcę mieć ubaw po pachy i śmiać się do końca życia, to tylko z samej siebie. Usprawiedliwiwszy się także zasłyszanym argumentem, że każdy twórca musi być trochę bezczelny, zgłosiłam blog do Gali Twórców 2015. Nawet jak to piszę, śmiech mnie ogarnia. 

   W poczytnej powieści, która  mi się nie podobała, "Jedz, módl się i kochaj" było kilka perełek. Jedną z nich był list pisany w myślach do Boga, podpisany przez wszystkich, którzy w tej sprawie by go sygnowali. Był tam m. in.  św. Franciszek z Asyżu i Jan Paweł II. Miałam już taką sprawę. "Podpisało się" ze 200 osób. Została pozytywnie rozpatrzona, więc gorąco polecam.
   Drugą zaś była anegdota o pewnym mężczyźnie, który codziennie modlił się, żeby wygrać na loterii. Po długotrwałych błaganiach usłyszał upragniony głos: "Kup los".
   Nie lubię głosowań, smsów i nagabywań, ale spróbowałam "kupić los".
   Zasady były takie: żeby blog mamaczworga został oceniony, trzeba było przejść głosowanie sms. Z Polski kosztował 1,23 zł. Kwota ta przeznaczona była na bardzo ważny cel: realizację marzeń dzieci z Fundacji Dziecięca Fantazja, które zmagają się z chorobami nieuleczalnymi lub zagrażającymi życiu. Zadanie było karkołomne, bo smsy wyłaniały po 10 blogów z każdej kategorii. Startowało ich ponad 1650 (160 w mojej kategorii).W Świecie Wielkiej Cyfry blog miał nazwę F11238, zdobył 33 głosy, co uplasowało go na 41 miejscu. 
...........................Konkurs Blog Roku:         Styl Życia

     Film Woodego Allena  "Poznasz przystojnego bruneta" również mi się niezbyt podobał. Jednak noszę w pamięci jego urokliwy klimat i ważną konkluzję:
   Tak kończy się opowieść pełna wrzasku i wściekłości, która nic nie znaczy. Chciałoby się zapytać, jak mimo życia pełnego rozterek i cierpienia udaje nam się wytrwać? Cóż... Czasami złudzenie jest najskuteczniejszym z lekarstw.

   
   To, co piszę może też podobać się "niezbyt", albo w ogóle. Może jednak przynieść choćby jeden uśmiech lub głębszy oddech. I właśnie o to chodzi.
   A teraz - jak mówił Leszek z "Daleko od szosy": 
                                                 Dziękuję, przepraszam, do widzenia.

P.S.
Zdjęcia:
1. Bogna czyli neurony lustrzane w praktyce
2. Przyjrzyjcie się, o czym marzy koń spod Chaty za Wsią
3. Ja. Miron Białoszewski rzekłby: "Z boku widziana uroda. Odwrotna urody moda"
4. Pod schroniskiem na Luboniu Wielkim.
5. "Aha, dobrze, tam pójdziemy". Naprawdę - na Rynku w Krakowie przed wystawą plenerową
6. Żenada

piątek

"Nie wiem, nie znam się, nie orientuję się - zarobiony jestem"

  Ciasna sala wypełniona 16-latkami. Ktoś westchnął głośno "O Boże!".
- O Boże? Jaki to przypadek "O Boże"? No, jaki?
Chwila przeciągającego się milczenia oznaczała niewinność umysłów i nieskażenie ich prostotą deklinacji wołacza.

-  O!O!O!
   O!O!O!
   Wołacz: O!O!O!
   Wołacz O!O!O!
   O, Boże! - Wołacz!
   O, Boże! - Wołacz!
   Wołacz! - O, Boże!
   O!O!O!
  Rozweseleni rytmem, zgrywą, ruchem rapujemy pozostałe przypadki, których nazwy i kolejność po kilku powtórkach stają się oczywiste...
Codziennie śni mi się, że uczę i  że jeżdżę na nartach.


A tymczasem poznaję uroki pozycji horyzontalnej:
zmieniłam dzwonek w telefonie na programową piosenkę SDM-u z wakacji
Uważnie czytam całe artykuły w gazecie
Przełamałam niechęć do skypa, by popatrzeć na pikslowe twarze najbliższych
Przejrzałam kilka sukienek w sklepach internetowych
Otworzyłam bloga

Czas upływa mi na tropieniu analogii między sobą a foką
googlowaniu zapytania jak nie wpaść w rolę ofiary
zastanawianiu się nad pojemnością formy zapisków z czasu choroby
rozmyślaniu nad status quo osób niepełnosprawnych
dynamiką kuli bilardowej i kamienia

To nie jest łatwe uczucie.
Całe życie budować poczucie wartości na dawaniu sobie rady a potem nagle nie móc zbyt wiele. Ciągle leżeć lub siedzieć, podczas gdy dotąd na pewno to siadało się do obiadu (a i to na chwilę, bo piciu, bo łyżką, bo zetrzeć rozlane, podnieść upuszczone).
Zdać sobie po raz kolejny sprawę, że świat zbawił już Ktoś Inny i że Ziemia będzie obojętnie mełła próżnię swym wirowo-obrotowym ruchem również beze mnie.

   Od dawna wiedzieliśmy, że świat szpitali i przychodni to osobna, zawoalowana cywilizacja. Ludzie zdrowi bronią się przed nią wyparciem, ale bardziej lub mniej uświadamiają sobie jej istnienie. Jednak ten kontynent z Kafki rodem, machina absurdu napędzana wszelkimi odmianami ludzkiego bólu, stanie się - prędzej czy później - ojczyzną każdego,

bo tylko ten świat bólu; bo tylko ten świat
jest bólem; bo światem jest tylko ten ból. 

jak puentował wiersz Stanisław Barańczak.    


Nie. Nie nudzę się.
Prowadzę telefoniczne flirty z rejestracjami przychodni
Trenuję pokorę nieustannego proszenia o podanie czegoś (herbaty, leków, komórki, laptopa, kabla, chusteczek)
Przyglądam się tangu Chłopaka Zza Lustra z odkurzaczem - to, co nazywałam nadmiernym kontrolowaniem sytuacji, teraz jawi mi się jako cudowna zapobiegliwość
Dzieci przytulam częściej

   Lektura ulotek lekarstw, należąca do gatunku literatury popularnej typu horror, dostarcza mi przeżyć w rodzaju antycznego katharsis. Wystarczy obwąchać pobieżnie tekst i już czuję się młodo, rześko i sprawnie jak wylegujący się jedynie na łóżku akrobata.

   Pytanie o sens pechowego zdarzenia, prowadzi mnie coraz bardziej w kierunku postrzegania go jako daru. Może dlatego taka odpowiedź przychodzi mi łatwo, bo to się zgoi, zrośnie, to nic specjalnego tak naprawdę. Ale cieszę się, że taka refleksja do mnie przyszła. Otrzymałam czas na relacje niepodyktowane pośpiechem, na odklejanie etykietki "zarobionej", na światło. Nadeszła wspaniała pora, w której codzienne "jakoś" mogę zmieniać w "jakość".

Chcemy noc przeskoczyć
ciemną i niepewną
z biletem kupionym 
w nieznane

Lecz mówisz - znów musi się udać
choć tyle podróży za nami
Przecież jedziemy dziś
na dwa dni do Włodawy


SDM- Wojtka Belona ostatnia ziemska podróż do Włodawy
- nasza programowa piosenka z wakacji na Polesiu

Foto Chłopak zza Lustra:

1. W Ojcowie, Boroniówka.
2. Jezioro Czwarty w Golejowie.
3."13" - Gniezno.
4. Jaworki. W tle Homole.
5. Pustelnia Złotego Lasu. Rywiany.


Memento vitae

   Sierpień lubię najbardziej: już wszystko się stało, zatrzymało na chwilę          i zaczęło przyglądać się sobie. Najszlachetniejsze  jest światło sierpnia - złamane, dojrzałe i łagodne.
    Wakacyjne legato.

   Rano pies wyprowadza mnie na spacer. Bezdroża prowadzą do rozległych złotych ściernisk pod lasem i wtedy nieoczekiwanie wydobywa się ze mnie głębokie Westchnienie Tęsknoty, o którym pisał Janusz Korczak w "Kiedy znów będę mały".
   Na obiad dziecięcy letni przebój: chłodnik litewski albo zupa owocowa z kostkami lodu koniecznie. Ziołowe aromaty z grządek zachęcają mnie do dalszych kulinarnych fantazji.  Kiedy obieram, kroję, mieszam przypomina mi się "Sierpień" Brunona Szulca: 
   "[Adela wysypywała] z koszyka barwną urodę słońca - lśniące, pełne wody pod przejrzystą skórką czereśnie, tajemnicze, czarne wiśnie, których woń przekraczała to, co ziszczało się w smaku; morele, w których miąższu złotym był rdzeń długich popołudni; a obok tej czystej poezji owoców wyładowywała nabrzmiałe siłą i pożywnością płaty mięsa z klawiaturą żeber cielęcych, wodorosty jarzyn, niby zabite głowonogi i meduzy - surowy materiał obiadu o smaku jeszcze nieuformowanym i jałowym, wegetatywne i telluryczne ingrediencje obiadu o zapachu dzikim i polnym."
I znów Westchnienie. W istocie: piękno zbawi świat.


   Przy prasowaniu i innych czynnościach życiowo koniecznych, ale poezji i głębi z gruntu pozbawionych, słucham mądrych ludzi. Po niektórych konferencjach Adama Szustaka, Augustyna Pelanowskiego, Ewy Woydyłło mogłabym prasować, prać i odkurzać bez ustanku, szemrania, a co więcej z wewnętrzną pogodą i poczuciem wyższego sensu. 
   Po południu - z zastosowaniem technologii kubka i kartki - wspólnie  z dziećmi łapiemy konie polne po domu i przyglądamy się czy mają duże skrzypce. Obserwujemy forpoczty jesieni:  jarzębiny o barwie zachodzącego słońca i połacie żółciejących nawłoci. Śpiewam wtedy: "Raz staruszek, spacerując w lesie, ujrzał listek przywiędły i blady..." a dzieciaki proszą: "Jeszcze raz, jeszcze raz". Potem nazywanie chmur - dziś było dużo aniołów-akrobatów; pod wieczór kształty całkiem zdrożne, więc lepiej posłuchać szeptanych koncertów traw i brzozowych liści oraz zamykającego dzień echa maryjnych śpiewów księdza proboszcza. 
   Już wieczór. Maliny wprost z krzaczka w kieliszku wina albo płatki róż. Umiłowane chwile złapane na czytanie. A nocą koc na trawie i odliczanie z Chłopakiem zza Lustra 20 spadających gwiazd na naszą 20 rocznicę. I filozoficzne rozmowy.


  Z  tym Wielkim Wozem to jest niezły żart Stwórcy. Mógłby jakąś karetę albo porsche chociażby. Bawi mnie to zderzenie majestatu rozgwieżdżonego nieba, jego tajemnicy i komplikacji z prostotą i oczywistością Wielkiego Wozu. Siedem gwiazd w równych wielkich odstępach na pustym tle przestworzy- takie dwa dodać dwa jest cztery i jeszcze ten dyszel. Na dodatek ciągle w drodze od werandy do płotu. A zimą - dęba.
   W myślach z wdzięcznością ładuję Mu na ten Wóz kupę śmiechu - unoszące się znad palących się świec na tarasie, niekończące wieczorne opowieści nasze i naszych gości o przypadkach prawdziwych, niezwykłych i zabawnych, których aż dziw, że ktoś nie posklejał w jakiś komediodramat. Na przykład o mężczyźnie z Białej Podlaskiej, który PIN wydrapał na ścianie przy bankomacie - kto mógł w końcu wiedzieć, że to jego - a potem miał pretensje do banku, bo ścianę otynkowali. Kluczykach do samochodu, które wypadły z rąk na ulicy, odbiły się trzy razy i z finezją wskoczyły do kratki ściekowej głębokiej na kilka metrów, a rodzina wracała do domu busem. Wielkim psie przybłędzie na podwórku, terroryzującym dzieci i opiekunkę do takiego stopnia, że kiedy trzeba było wyjść się z domu należało włączyć koło drzwi odkurzacz Wodnik, który tak wył, że pies od razu zmykał. Do sąsiada.

    Dokładam tam jeszcze wspomnienie Babci i jej zwyczajowej porannej rzezi much: "A mos! W imię ojca i syna i ducha..., A mos!".  Małego Antka, który o sierpniowej porze patrząc na zachód zapytał: "Mamo, a co to jest ta duża pomarańczowa kulka?"  No i "We are bez szczempions" Bogny. Na koniec naszą namiotową wyprawę na Polesie - okrzykniętą najfajniejszymi wakacjami (tego roku) i samochodowy hymn rodzinny wyśpiewywany z zaangażowaniem przez dzieci (łącznie z poprzedzającym utwór komentarzem):

Smakujemy dzień za dniem
chwile dla nas zapisane
niewidzialny anioł stróż

porymował nasze słowa
kieszeń pusta, serce czyste i kłopotów co niemiara
nasza wiara jest jak skała
nasza miłość jest szalona

Wędrujemy, falujemy
o przyszłości nic nie wiemy
pracujemy bez ustanku
budujemy ogniotrwały dom
bez lęku, bez ironii
choć nie wiemy skąd przychodzi rzeka
rzeka wartkich zdarzeń
i dokąd podąża


Lecz po co ja to wszystko piszę
przecież zanim łysy księżyc w jasne słońce się zamieni
wiele może się wydarzyć
nawet Tobie


------------------------------------------------------------------------------------

P.S.
Tytuł wpisu"Memento vitae" (Pamiętaj o życiu) został  zaczerpnięty również z utworu
 Stanisława Soyki "Tango Memento Vitae" z albumu 2 "Absolutnie nic".

Foto:
1. Jezioro Łukie w Poleskim Parku Narodowym. 20 rozmiarów różnicy między największą i najmniejszą stopą naszego domu.
2. Wspaniałe i gościnne Załucze Stare na Polesiu - miejsce naszej namiotowej bazy.
3. U nas, na skałkach. Zdjęcie Ernesta.
4. Z filmu "Amelia" odziedziczony sposób na zjadanie malin.
5. Love true love. Alicja.






czwartek

Przysłuchujcie się starym przedmiotom

    Wakacje - pachnący zielenią i sianem wiatr. Maluchy już  na szlakach placów zabaw u dziadków. A ja robię nam przestrzeń - rozprawiam się z chwastami i przedmiotami.

     Przedmioty. W społeczeństwie, którym nie targa wojna ani dobrobyt sterowanej centralnie gospodarki - ciągle ich za dużo. Wyrzucam, zakupy poprzedzam pytaniem: "Czy naprawdę jest nam to potrzebne" a one ciągle włażą z niewiadomokąd, w przebraniach kolorowych torebek na prezenty, pod maską nagród, "pamiątek" i gratisów. Polimerowy rak cywilizacji. Toczy i mnie ta morowa zaraza nowego i młodego. W zmarszczki wklepuję modny krem, sukienki zakładam może za krótkie już, loki kręcę. A chcę być taka jak starzy ludzie, którzy nic nie udają, po prostu Są.
   Istnieją jednak inne przedmioty - Strażnicy Pamięci. Gdyby nie one trudno byłoby przetrwać maraton codzienności bez poczucia absurdu. Dni  naszej rodziny często przypominają lipcową, ogrodzoną ekranami akustycznymi drogę, na której jedynym urozmaiceniem jest inny śmieszny, pędzący gdzieś zapamiętale kolorowy domek. Lubię wtedy, w przelocie, omieść spojrzeniem Skarby, zatrzymać na chwilę myśl o nich. Właściwie, z perspektywy wieczności, one też nie są ważne, gdyż jak się okazuje będziemy zbawieni pojedynczo. Ale to właśnie te przedmioty, które będziemy przyciskać do piersi jak ten drwal z wiersza Herberta, mówiąc "nie oddam". To te Szare eminencje zachwytu, które  krążą i krążą, przebijają nas mgławicami.
    Dużo takich gwiazd w Chacie za Wsią. A każda z nich - otwarta księga opowieści.

    Może najjaśniej świeci właśnie to wyblakłe, czarno-białe zdjęcie postawione w centralnym punkcie miejsca, w którym przyjmuje się przyjaciół - kuchni. Na nim poprzednia właścicielka stuletniej chaty. Tu, gdzie teraz rejwach i rumor od bladego świtu, mieszkali kiedyś Stanisława i Stanisław - bezdzietni staruszkowie. Kiedy umarli, córki siostry będące spadkobierczyniami, sprzedały nam dom. Oprócz licznych dziur po myszach, szczurach i kornikach, w zdemolowanej lecz molami pachnącej szafie, leżało zwijające się w niezdarny rulon zdjęcie pani Stanisławy podczas jakichś imienin. Z kieliszkiem w ręce, prosto do obiektywu jowialnie śpiewa "Sto lat!". Trudno o lepsze błogosławieństwo dla nowych właścicieli. Zawsze, kiedy skończymy jakiś etap budowy  tzw. systemem gospodarczym, co w praktyce oznacza ręce i pot Chłopaka zza Lustra, lub kiedy ściany odbijają dziecięce śmiechy a dębowe schody powtarzają tupot ośmiorga małych stóp  -  spoglądam na tę fotografię i pytam: "Cieszysz się?"


     Astronomiczne odkrycie to "PKS"  - żywy dowód na to, żeby do nikogo i niczego nie uprzedzać się pochopnie. PKS-em nazywamy podwójne, szare, sprężynowe siedzenie z jakiegoś Autosanu, może tego którym przez całe dzieciństwo jeździłam do babci albo tego, który w czasach liceum odbierał mi Chłopaka zza Lustra wioząc go do Oleśnicy przez Podborek. Kiedy parę lat temu tato z jakiegoś odzysku, przywiózł to siedzenie do nas, żeby było na czym usiąść na tarasie - z trudem ukryłam niezadowolenie. Styl eklektyczny: głęboka bieda z nędzą i neozatkajdziurą - hulało mi długo gdzieś po głowie.  Długo się do niego przekonywałam. Tak stał z braku laku. Przykrywałam go ładniejszymi narzutami, udając IKEĘ albo jakiś loft. Momentem przełomowym były miesiące przed urodzeniem Antka. Nikt mnie teraz nie zrozumie, bo nawet mnie samej jest trudno przywołać to wspomnienie bólu, który nie doskwierał tylko w pozycji bocznej ustalonej na PKSie. Teraz też, zdarza mi się w pracy marzyć o PKSie i kawie, która właśnie na nim ma odnaleziony smak. Myślę też o specjalnym przeciwdeszczowym pokrowcu z szacunku dla tego naszego ulubionego miejsca domu.
     Najcenniejsze jest chyba lustro, a prawdę powiedziawszy - jak u Jasia Fasoli - rama. Przyglądała się naszym minom, kiedy mieliśmy po 25 lat, ale zachowała w swych reliefach tajemnice porannych autokreacji kilku pokoleń. Najważniejsze jest jednak to, że był to prezent na własny dom od pani Grzybowskiej, która przygarnęła nas - nowożeńców z jeszcze ciepłym dyplomem pod swój dach. Wzruszają mnie też dziewięćsiły, wyżłobione dłutem jakiegoś lokalnego artysty i ten kaligrafowany kopiowym ołówkiem napis na odwrocie, z czasów, kiedy charakter pisma był czymś, o co należy dbać.

   Jest jeszcze walizka kupiona przez dziadka Mariana w Klimontowie. Tylko ona zna dokładne trasy panieńskich a potem małżeńskich podróży mojej mamy. Trzymam w niej żelazko i rzeczy do prasowania. Kiedy je wyciągam, dziwię się, dlaczego nikt nie wpadł na genialny pomysł chyba Pedra z opowiadania Olgi Tokarczuk, który ważne rzeczy zapisywał na wewnętrznej stronie wieka skrzyni. Gdyby tak teraz na tekturowej ściance walizki napisane było skąd, dokąd, z kim i dlaczego... A tak wraz z parą z żelazka unoszą się poskręcane smugi z mojej wyobraźni i dźwięki podśpiewywanej pod nosem piosenki ze spektaklu Grupy Rafała Kmity:

Przysłuchujcie się starym przedmiotom,
Bo jak pewien chasyd powiedział:
Stare rzeczy gadają ze sobą,
Stare rzeczy lubią pośpiewać.

Przysłuchujcie się starym przedmiotom,
Pochylajcie nad nimi się częściej;
Może kiedyś pod zimną powłoką
Wyczujecie tętniące tam serce.

Uklęknijcie przy siwym zegarze,
Co latami godziny wybijał;
On z minionych opowie coś zdarzeń,
On niejedną opowie wam miłość.

Innym razem zajrzyjcie do lustra,
Które dawno zaczęło już szarzeć;
Jeśli tylko nie zwiedzie was pustka,
To gdzieś z głębi wyłonią się twarze

    Rozglądam się wokół siebie. Tak u nas jest ze wszystkim, co ważne. Wszystko jest po kimś i od kogoś. Bezdomna półka od Krzysia, która co do milimetra wpasowała się we wnękę,  Tarka do prania po Łosach gadająca z pralką automatyczną o rzeczy ludzkich mijaniu. Drewniane ciało zegara, którego dusza uleciała gdzieś w zawieruchach wojny. Krucyfiks (cegiełka na budowę jakiegoś kościoła), który ładny stał się dopiero, gdy zbrzydł w otoczeniu brzózek. Emerytowane liczydło, ze śladami linii papilarnych skrupulatnej rachmistrzyni. Jeszcze: wyhodowane z maleńkich sadzonek od obydwu mam potężne grubosze rosnące wraz z naszą rodziną. Staromodny, kwiaciasty ogródek.  I nasz znak firmowy - fragment sczerniałego płota, którym znaczyli swe terytorium poprzednicy. 
   Stare pozwala nam bardziej być, czuć się częścią wszechświata. Być owocem, pniem i korzeniem jednocześnie. 


   Tak mamy: stare jest lepsze. 
   Nawet przy książkach dla dzieci się sprawdza. Niecierpliwie spoglądam na zegarek przy kolejnych częściach modnego wśród chłopców "Magicznego drzewa". Składnia od siekiery i zasada kompozycyjna fabuły: "co by tu jeszcze wymyślić" drażnią mnie i fizycznie bolą. Tymczasem, ile ciepła, chłopięcych postaw i pięknie zbudowanych zdań jest w przygarniętych z bookcrossingu  "Czarnych stopach" i "Chłopcach  z placu broni"! Antek co wieczór pyta:
A czytan będzie? Będzie.
   Bo my jesteśmy z tego plemienia, które zawsze na wyjazd z dziećmi wybierze jakąś ukrytą między zakrętami i pagórami wioskę, do której prowadzi dojazd z napisem "droga zakładowa" albo temu podobny, odwrócony od mody świata "kurort". I gdy ludzie właśnie się licytują Turcją, Grecją i innymi "lastami" - my marzymy o zobaczeniu bagien na Polesiu.
 "Warszawa to jest stan umysłu"- rzuciła przez ramię Marysia i poszła.

  

Zdjęcia:
1.-2. Przed Chatą
3. Pani Stanisława i inni święci.
4.-6. Portrety osobników (ostatni, za stołem - PKS)

P.S.
Wzorem naszych dziewczyn, które  kiedyś nazywały swoje buty ("przedszkolaki", "czerwonki", "chłopakeńskie", "spadywaczki" itp.) oraz naśladując zwyczaj Magdy Umer, zaczęliśmy też wywoływać z anonimowości rzeczy nowe, nadając im nazwy. Jest więc m.in. "Ławeczka im. dziadka Tadka" - zrobiona przez Chłopaka zza Lustra i postawiona koło huśtawki po to, żeby dziadka nogi nie bolały, kiedy huśta dzieci.

P.S.2.
Od dawna ta piosenka podobała się całej naszej rodzinie. Najlepiej brzmiała w wykonaniu 4-letniego Antka, który z jej rytmem "zaczął czuć czas".


Mariusz Lubomski
"Zegarek po starym"

poniedziałek

Stan równowagi chwiejnej

Na majowe dni, co z wytęsknionym zimą zadowoleniem
rozsiadają się na tarasie
na rozświetlone, ciche poranki, co błyszczą kroplami rosy
na króciutkiej jeszcze trawie,
chwilę zachwytu nad ugłaskanym promieniami słońca domem


Ale też
na cierpienie bliskich, które może czyni nas trochę lepszymi, ale Im
nie odejmuje bólu,
na trudne wspomnienia czasu,
kiedy "wielkie nic patrzyło z półek, ścian i sufitów"
na chwile, kiedy smutek osiąga stan powyżej 0,1 Cohena
utwór zespołu Dobre Ludzie:
                                                        
                                       I nie zawsze tak bywało
                                       Oczy ciemność widywały
                                       Teraz ściany takie jasne
                                              Dom ze świateł


To piosenka o nas wszystkich.
Jak mówił Andrzej Poniedzielski w Trójkowym koncercie poświęconym twórczości Jonasza Kofty:

"Człowiek występuje - jak woda - w trzech stanach skupienia:
tj. optymizm, zwany potocznie wesołością,
tj.  pesymizm, zwany potocznie smutkiem
i stan równowagi chwiejnej między tymi dwoma stanami.
Pląsanie- całe życie nam na tym schodzi (...)

Definicja optymizmu jest prosta:
jest to chwilowa utrata kontroli nad organizmem..."


Dobrych Ludzi słyszę rano w radiu. 
Nie mogę się powstrzymać od komentarza:
"Cudowna pieśń! Jakby nie na te czasy. Z innej (mojej) bajki. Dzień ma sens, kiedy rozpocznie się z takim liryzmem. Wszystko w niej zagrało: poetyckie słowa, linia melodyczna, opowieść instrumentów i głosy wykonawców. Dziękuję za nią."
Najwyższy wskaźnik w badaniu na zwartość k o f t e i n y
(mieszanina inteligencji i wrażliwości):
 - potem myślę o niej jeszcze  kategoriami Andrzeja Poniedzielskiego.
Niech i wieczór układa się właśnie tak, jak śpiewają Dobre Ludzie:
                               zbliżamy do siebie ciała                                                   
                                  wystawiamy czułki
                                  gitara rozcina ciszę
                                  spadają płatki szeptu
  Dobranoc

Zdjęcia:
1, Dom ze świateł.
2. Drzwi -Rytwiany klasztor.
3. Z ogródka - ciemiernik z amorkiem/aniołkiem.












niedziela

Odnależć samego siebie - z rozmyślań przy Grobie Pańskim

Wrzeszczę
Kiedy się złoszczę nie jestem sobą
Gadzi język - gadzi człowiek


A przecież "Słowo było u Boga"
Jan Parandowski w "Alchemii słowa" pisał, że w wielu kulturach było ono świętością. Krzyk odbiera sens wszelkim słowom, defrauduje je. Odziera z sacrum, zostawiając truchło pustych wysokich tonów o silnym natężeniu. Zostaje tylko wstydliwa sekunda fałszywej satysfakcji.
A Bóg?
Nie nakrzyczał na Adama. Nie wyciągnął go też  zza krzaków, nie potrzepał nim, choć z pewnością mógł poczuć bezsilność i za coś takiego Adamowi się naprawdę należało.  
On zapytał: "Gdzie jesteś?" 



Gdzie jestem?
Muszę odnaleźć siebie . Uszanować godność  wbrew wszystkiemu, zachować wewnętrzną ciszę. W rozmyślaniach nad tym, co by było, gdybym tak nie mogła mówić, nagle tak straciła głos na zawsze, dochodzę do wniosku, że byłyby z tego chyba same korzyści. Żal by mi było tylko śpiewania.
Z wiersza  Tadeusza Różewicza "Odnaleźć samego siebie" wyrwany fragment dla nas matek i ojców na Wielki Czas:

                          pro­szę was
                          nie bój­cie się sa­mot­no­ści
                          nie bój­cie się ciszy
                          nie bój­cie się "nudy"
                          pa­mię­taj­cie
                          że mil­cze­nie jest wy­mow­ne
                          że nie­na­wiść krzy­czy ryczy
                          ujada i wyje
                          mi­łość uśmie­cha się mil­czy
                          czeka na was

Zdjęcia z wakacji:
1. Takie "Bagno" spotkacie w Biskupinie.
2. Jedno z miejsc Boga- wsteczna delta rzeki Świny. Koniecznie je zobaczcie.

czwartek

KCB

Przychodzi do mnie ostatnio wiele słów o miłości. I choć różni ich autorzy, to wszystkie z tego samego pnia, z którego kiedyś przyszło do mnie zdziwienie, że miłość  nie musi oznaczać wcale dobrego samopoczucia. Przeciwnie - jest  trudna:
Miłość wszystko znosi

Wszysko znosi.
Wszystko!
Znosi!
Ponieważ, myśl słowem wyrażona wymiaru nabiera innego, oto wybrane refleksje, które chodzą ze mną, kiedy robię to wszystko, co może robić pracująca mama czworga dzieci wynajmująca dodatkowo noclegi.


Barabra Skarga w eseju "O miłości" przywołuje i rozwija myśl ulubionego filozofa Zbigniewa Herberta - Henryka Elzenberga:
"W miłości chodzi  o radość z czyjegoś istnienia.
Kochając, cieszę się, że jesteś.
 Tylko tyle i aż tyle, bo ta radość jest bezinteresowna. Ten, kto kocha, i ten, kto darzy przyjaźnią, nie oczekuje zapłaty. Prawdziwie głęboka miłość nie żąda nawet wzajemności, ona jest raczej ofiarą, dawaniem – a nie przyjmowaniem..."


Za tarczę przeciw malkontenctwu biorę słowa polinezyjskiego nauczyciela znalezione w czerwcowym "Zwierciadle":
O miłości możesz mówić wtedy, jeśli nie chcesz nic zmienić, jesli przyjmujesz wszytko takim, jakie własnie jest (....) Dzieje się tak, ponieważ w głebi serca wiesz, iż
wszystko jest dobre, takie, jakie jest
(...). Ludzi, których kochasz nie chesz posiadać (...) ,nie chesz im robić wyrzutów, nie chesz  ich poniżać, nie chesz mieć pod ich adresem żadnych oczekiwań. Chesz jednie ich szanować takimi, jakimi własnie są



I to w sumie proste jest, dziecko nawet wie. Antoś mówił:
"Kocham Cię i lubię mamusiu".
Gdy więc szkło w moim oku  sprawia, że wokół widzę tylko karykatury lub brak wytchnienia daje koncert orkiestry symfonicznej pod batutą Maestro Pretensji, to chociaż tymi słowami Antka się próbuję się zasłaniać: Kocham Cię i lubię.
Właśnie tak: Kocham Cię i lubię.


Zdjęcia lipcowe:
1. Ali kompozycja prosto z krzaczka.
2. Bogusia z Antosiem albo odwrotnie.
3. U nas w wakacyjny miły wieczór z przyjaciółmi.
4. Chłopaka zza lustra Serce pod klifem.
5. Antek na wiosnę z wyznaniem na ustach i dowodem miłości w dłoni.

Skrót w tytule KCB (Kocham Ciebie Bardzo) - przejęliśmy od mojej Matki
Chrzestnej lat temu chyba ze 23, kiedy to pokolenie sms nie było jeszcze nawet w dalekosiężnych planach. Ha!









sobota

Tylko nie ulegajmy przedwczesnym niepokojom

Co słychać dobrego? Legendarne, ulubione pytanie Chłopaka zza Lustra.
Co słychać?  Pytają mnie znajomi, których trajektorie lotu skrzyżowały się z moją.
Co słychać? Pytam często ja.



Ale co z odpowiedzią? Jak ocean codzienności zmieścić w jednej kropli spotkania? I żeby uczciwie było, z szacunkiem? 
Jako że w pogardzie mam amerykański sztuczny miód (keep smiling), odpowiadam zwykle słowami wujka Kacpra: Po japońsku: jako tako lub słowami kończącymi  zabawę z maluchem na kolanach:
Góry - doliny- rów.


Ludzie czasem pytają  jednak szczerzej: jak sobie radzicie? O, to grubsze pytanie - otwiera większą przestrzeń, ale chwilowość spotkania pozwala znów jedynie na humor:
Kolejno odlicz i naprzód marsz lub Validol w schowku w samochodzie i całkiem nieźle ogarniamy - mówię.
To jednak ciagle odczepiajki -zagajajki, więc chyba tylko  język poezji może oddać głębię głębinową.  Najwłaściwszą odpowiedź podpowiada mi  Mistrz Młynarski:
Jeszcze w zielone gramy!

Tak, właśnie! Jeszcze w zielone gramy! 
Jak to w grze i jak to w rodzinie: bywa różnie - czasem trzeba przegrać. Jednak wciąż mamy w sobie tyle dziecięcej radości, nadziei, sił i wiary. I wciąż chce się nam siebie odnajdywać, takich najpiękniejszych i patrzeć na siebie tak, jak w tych listach pisanych w maturalnej klasie.

Tylko nie ulegajmy przedwczenym niepokojom,
bądźmy jak stare wróble,co stracha się nie boją


A kto pozna tę wytworną  jak dąb piosenkę, ten będzie wiedział, co u nas słychać, choćby i  tylko na chwilę spotkały się nasze cienie:
Jeszcze w zielone gramy, jeszcze nie umieramy
Jeszcze się spełnią nasze piękne sny, marzenia, plany (...)


Jeszcze w zielone gramy, chęć życia nam nie zbrzydła 
Jeszcze na strychu każdy klei połamane skrzydła (...)

Jeszcze w zielone gramy, choć życie nam doskwiera
Gramy w nim swoje role naturszczycy bez suflera
W najróżniejszych sztukach gramy, lecz w tej, 
co się skończy źle

Jeszcze nie, długo nie!
Zdjęcia:
1. W oczekiwaniu na dzieci ze świadectwami. 2. Tatą być! - Bobolice. 3. Dziadziuś Tadek z Bogusią "po zielone". 4. Na Kazimierzu w Krakowie
 (u góry mieszka Pan Bóg - może kiedyś uda się zrobić foto).








poniedziałek

Szarpię życie za brzeg listka

Zaczęło się jak co roku - może w tym, to już nawet w lutym -  
od podszytego zachwytem stwierdzenia 
"z a w i o ś n i a ł o!"


(pożyczonego na stałe z wiersza Stanisława Młodożeńca)

Potem już tylko Miron szeptał nam do ucha pocieszenie:
  to tylko  "nowa wiosenna słabocha"
W tym czasie z moich ulubionych "Wierszy antywiosennych" przypomniałam sobie te, które onegdaj pomogły mi  oddychać, bo zrozumiałam, że inni czasem też tak mają:

wiosną we mnie dmuchło
na zdechło

Kochacie siebie na wiosnę?
bo ja nie

Wiosna jasna
 jak cholera
działa na mnie
katrupiąco

W sukurs przypędził niezastąpiony Andrzej Stasiuk. Ciało jego książki "Nie ma już ekspresów przy żółtych drogach" dotykane wielokrotnie, z nabożeństwem i z głęboką wewnętrzną zgodą. Fragmenty czytane na głos Chłopakowi zza Lustra:


"klimat umiarkowany (...) jest w istocie klimatem nieobliczalnym, klimatem schizofrenicznym, i przeklętym. (...)
 Trzy dni temu było plus piętnaście stopni, a dzisiaj jest minus siedem. Powinniśmy być traktowani jak trochę niepełnosprawni, powinniśmy być częściowo zwolnieni od jakichś podatków albo ktoś powinien fundować nam sanatoria. Jakie pojęcie o naszym życiu może mieć Włoch, nad którego ojczyzną słońce nigdy nie zachodzi?"1

 A tu znienacka rozpieścił nas zapachami Czas Bzów i Konwalii. Dzwoneczki ich bajkowe, śmieszne i pyzate - istne  przedszkolaki. Ale miałeś dobry humor Panie Boże, gdy wywijałeś  jasnokremowe płatki maleństw! - myślę. Włożyłam pachnącą gałązkę w książkę Soni Raduńskiej i głaszczę nią strony, spijając słowa z jej ust. Na festynie dla dzieci kupiłam decoupagowe kolczyki. Obnoszę się co dzień z ich kolorami paproci, mchów i błękitu nieba.



Na pamiątkę bierzmowania Marysia dostała młode małżeństwo białych gołębi. Miał być jeden jako znak Ducha Świętego, szczególnie po to, by przypominać sobie o darze męstwa. Miał być obfotografowany i wypuszczony. Przyjechały dwa i wybrały nas. Wczoraj miały parapetówkę w centralnym szczycie domu, który Chłopak zza Lustra trzy dni urządzał na gołębie mieszkanie. Zadzieram głowę w górę i podziwiam ich doskonałą biel, łagodne linie kształtów i dostojeństwo. Tak wyobrażam sobie uosobione szlachectwo ducha.

Teraz ze Stanisławem Soyką i Wisławą mówię życiu: 

Jesteś piękne!

bujniej już nie można było,
 bardziej żabio i słowiczo,
 bardziej mrówczo i nasiennie.

 Allegro ma non troppo
(youtube)

Szarpię życie za brzeg listka
 przystanęło? dosłyszało?
Czy na chwilę, choć raz jeden,
dokąd idzie — zapomniało?

Zabiegam mu drogę z lewej
zabiegam mu drogę z prawej,
i unoszę się w zachwycie,
i upadam od podziwu.

Jaki polny jest ten konik,
jaka leśna ta jagoda —
nigdy bym nie uwierzyła,
gdybym się nie urodziła!



1. Andrzej Stasiuk, Nie ma już ekspresów przy żółtych drogach.Wydawnictwo Czarne. Wołowiec 2013, ISBN978-83-7536-628-0.

Zdjęcie z tęczą:  Kraków, po dziewiętnastce u dominikanów 







czwartek

Piosenki nie tylko samochodowe

Osiemnasty rok mieszkamy poza domami rodzinnymi. Pozostały gdzieś wśród ojczyzny-żeromszczyzny puszcze jodłowe, piachy, rozlewiska łąk poprzecinane szalami leniwych strug, łęgów i ptasich przekomarzań. Dawniej co dwa tygodnie pakowaliśmy siermiężne torby podróżne w kolorach lat 90 albo czerwony plecak ze stelażem i w 4 godziny z przesiadką znów byliśmy u siebie. Dzień wcześniej zamawialiśmy rozmowę międzymiastową w okienku pocztowym i oczekiwaliśmy na wezwanie do rozmównicy, aby uprzedzić bliskich o wizycie.

Ponidzie
Gdy pierwszy raz wyjeżdżaliśmy na wakacje do domu, zabraliśmy ze sobą wszystko, nawet kwiatki w doniczkach. Chyba myśleliśmy, że już tu nie wrócimy. Dziś droga Tam zajmuje nam nie więcej niż dwie godziny, ale jeździmy coraz rzadziej. Może dlatego, że dawniej jechaliśmy do domu, a teraz dom jest  tutaj - w tym kiedyś obcym miasteczku.

W drodze do dziadków najpierw uspokajamy siebie i dzieci, potem zwykle szukamy dobrych słów. Czasem słuchamy kazań ks. Pawlukiewicza, czasem opowiadań Olgi, zawsze muzyki. W naszym wesołym autobusie zimą śpiewamy kolędy i pastorałki, w wakacje - wszystkie piosenki z dzieciństwa: od Bo przedszkole uczy bawi nas, po Puszek okruszek
Są też utwory autorskie, np.

Tatuś jest najpiękniejszy  i najmądrzejszy nasz Tatuś jeeest 

oraz piosenki oazowe. Nietrudno ukryć łzę wzruszenia siedząc na przednim siedzeniu, gdy Ala śpiewa:


Wydawać by się mogło, że taka samochodowa piosenka jest nic nie znaczącą towarzyszką podróży i ulatuje w ciszę wraz z trzaśnięciem drzwi auta. A jednak niektóre odegrały rolę  rolę niebagatelną: wpisały się w historię rodziny lub posłużyły  edukacji muzycznej. To w samochodzie jest czas na poznawanie przez dzieci historii polskiej muzyki. Jeszcze słyszę jak kilkuletnie dziewczyny z upodobaniem powtarzają na zmianę rytmiczne: Who's that lisptick on the glass! Lipstick! Lipstick! albo Smycz - smycz - smycz! Raz lepiej raz gorzej!  Maanamu.  Parę lat później Antek zawodzi Mały rastaman Lady Panku.
A ponieważ rozmiłowani jesteśmy w piosence poetyckiej - Wojciech Bellon, Edward Stachura, Agnieszka Osiecka, Marek Grechuta i Adam Nowak przejechali  z nami setki kilometrów. To najznamienitsi nasi goście. 

Wojtek Bellon szepczący Ali :
 Ty wyżej, wyżej bądź i dalej
Niż ci, co się wyzbyli marzeń
W ostatnim czasie zaszczyciły nas także i nie opuszczają słowa Andrzeja Poniedzielskiego i jego żony Elżbiety Adamiak. Jakaś niepojęcie głęboka prawda opowiada o nas:

Każde z nas - wywar z przywar
 poetycka recydywa
Każde z nas - czarny las. ciemna toń
Każde z nas to inny świat -  inny atlas snów i marzeń
Jednak obok
Jednak z sobą
Jednak razem


A 2- letnia Bogna z przejęciem szczebiocze refren:
Małą cięść nasich psiejść,   tego cio się nam zdaziło
inni ludzie uwaziają juś zia miłość
Możemy tylko przypuszczać, ile znaczą są słowa wypowiedziane w przelocie, zasłyszane gdzieś przypadkiem. Chłopak zza Lustra powiedział kiedyś za kierownicą: Cisza! Posłuchajcie mojej ulubionej piosenki. Potem Ala (10)  nauczyła się ją  grać ze słuchu. Godzinami potajemnie ćwiczyła, wykorzystując każda nieobecność taty w domu. Na 40 urodziny dała mu prezent - zagrała na pianinie i zaśpiewała:

Ile razem dróg przebytych , ile ścieżek przedeptanych (...)
Ile w trudzie nieustannym
wspólnych zmartwień, wspólnych dążeń?
Ile chlebów rozkrajanych?
Pocałunków? Schodów? Książek?




wtorek

Ojcze mój - Halny Wietrze


Jest coś, do czego chętnie wracamy wszyscy   - wspomnienia z gór.

Po słowach-kluczach: "A pamiętacie" ożywiamy się i robimy się jacyś cieplejsi. Mamy sobie tyle do powiedzenia.



A jeszcze  teraz! Za oknem pejzaż jak z Fałata. I lżej, i radośniej przez śniegi brnąć poniedziałkowe, gdy za kurtyną piątku już radośnie podskakuje pierwszy dzień ferii. W taki czas już niemal namacalne stają się ośnieżone stoki i parujące baseny term z naszych myśli. 

Właśnie wtedy się zaczyna:
 - A pamiętacie, jak tato znalazł pisklęta na ścieżce?
- Ej, a pamiętacie jak na Słowacji było zimno? "Kotłownik będzie jutro" - tłumaczył się gospodarz. A my w czapkach spaliśmy, bo na zewnątrz było minus 18 stopni.
- A pamiętacie, jak Antek usnął idąc? Szedł i spał. Mama go potem niosła. Plecak z tyłu- Antek z przodu. A tato odwrotnie: Bogna w nosidle z tyłu, a plecak z przodu.
- Ej, a pamiętacie dywan? Tę owcę?


- A pamiętacie te wysokie drabinki? Wszyscy się trochę bali. A Antek w trakcie wchodzenia po tej najwyższej, popatrzył na wodospad i spytał niczym niezrażony: Wujek, mogę się tu wysikać?
- A...
Można by tak pruć ten ciepły sweter wspomnień, a on wciąż splatałby się na nowo w tajemnicze ściegi pamięci każdego z nas.


Żadni z nas tam alpiniści. Chyba, że niskopienni. Takie tam: Babia, Turbacz, Luboń, Sarnia, Czarny Staw Gąsienicowy, Wysoka, Szczeliniec, Chleb, Diery. A jak dzidziuś maleńki- to chociaż nad Morskie Oko na chwilę lub w dolinę jakąś pobliską.
Mamy niezawodnych przyjaciół tych wypraw. Razem to i wózek na Gubałówkę wynieść niestrasznie, ani wyciągać go na psiej smyczy przez wąwóz Homole, ani Antka paskiem do spodni do siebie przywiązać, żeby było bezpieczniej.

Antoś.Prawie 3... miesiące
Może lepiej byłoby poczekać, aż maluchy podrosną, a nie iść w ciąży w słowackie diery. Tak, może lepiej. Ale my nie możemy czekać. Mamy po 42 lata i pamiętamy jak na jeansy mówiło się teksasy. Prosta kalkulacja wskazuje, że 36 miesięcy (3 lata!) bylismy w ciąży, kolejne 4 lata - karmiliśmy piersią, a dzieci budziły się w nocy. Przez następne 4 jedno z dzieci miało mniej niż 2 lata. C'est la vie!

Chodzenie po górach z dziećmi zaczęło się chyba od Wielkiej Kapryśnicy- Babiej Góry. Maria miała 8 a Ala 6. Kolejne majaczące we mgle zakręty wydawały nam się szczytem. Na tym prawdziwym nie widać było nic. Ale euforię dziewczyn, że jesteśmy w chmurach pamiętam do dziś i ten błogostan przy schodzeniu. Jeszcze po roku Ala rok nagryzmoliła swoją lewą ręką wersalikami: MOJA NAJWIĘKSZA PRZYGODA W ŻYCIU: BABIA GÓRA.


To nie jest tak, że jest łatwo i tylko  przyjemnie. Rodzice podróżujący z dziećmi, wiedzą jaka to cena. Można by rzec, że w potocznym rozumieniu, to właściwie wcale nie odpoczniemy. Wyjazdy zawsze są dużym wyzwaniem i wysiłkiem organizacyjnym. Od nas wymagają też samozaparcia, a czasem wręcz determinacji.
Tak jak wtedy z Zakopanem. Wszystko już  było namarzone, zaplanowane i spakowane. Ala zrobiła flagę- totem wyjazdu. Tylko Polonez nie chciał jechać. Próbowaliśmy pożyczyć samochód, namówić kuzyna... W końcu pojechaliśmy busem do Krakowa, a stamtąd autobusem do Zakopanego. W drodze tam koncentrowaliśmy wewnętrzne siły, aby zapanować nad własnym rozdrażnieniem. A z powrotem: dusza śpiewa!


W ogóle mam takie przekonanie, że jak na początku się coś jest nie tak, to znaczy, że jest normalnie i wszystko gra. Oto klasyczny przykład. Jeden z tysiąca.
Wyjechaliśmy za Skałę. Picie już napoczęte i już niedokręcone (pełna norma) wylało się na wycieraczkę. Chłopak zza Lustra staje na poboczu. Pochyla się nad przydrożną,  pokaźną  kałużą, żeby - wśród głośnego zgrzytania zębami -wypłukać nieszczęsną wycieraczkę z marchewkowej, gęstej mazi.  I wtedy... komórka (natenczas jedyna) wypada  z kieszeni w koszuli prosto do kałuży.

Zawsze zresztą jest ciasno, niewygodnie i mało komfortowo. Szukamy najtańszych noclegów, albo śpimy w 4- osobowym namiocie w sześcioro. Pożyczamy nosidło. Jemy chińskie zupy, konserwy, pijemy herbatę z termosu. A mimo to  w ubiegłe wakacje dzieci nie chciały wrócić do samochodu ze szlaku na Szczeliniec rozpoczętego w Pasterce. No to co, że burza?! Już stanęły na obszytych mchami głazach, już dotknęły wykrotów. Już pierwsze jagody zaczerniły usta. Jak to wracać?! No właśnie: jak to? Poszliśmy, gdy tylko niebo przestało narzekać.


Kiedy Antoś był w dramatycznym stanie w szpitalu, marzył o wyjeździe w góry. Spełniliśmy je trzy miesiące po wypisie. A po roku od choroby, we wrześniowe popołudnie na Górze Zborów, prześwietlony promieniami słońca powiedział:
Mamo,  jestem uzależniony od  gór!


I to jest właśnie to, co lubię najbardziej!
(jak podsumowała onegdaj 8-letnia Ala, z zachwytem przyglądając się głazom otulonym w seledynowy muślin górskiego potoku w Dolinie  Białego)

Za nami Giewont. Pod nami chmury i Zakopane.